Artykuły i felietony

Co zrobić, by uratować puchary i wzmocnić ligę? Recepta dla Legii i całej Ekstraklasy

Stabilizacja, super transfery i trener, który, jak zapewniano krytyków, domagających się jego zmiany, pokazał charakter w trudnym momencie sezonu wywalczając dublet. Szumne zapowiedzi awansu do fazy grupowej Champions League prezesa Mioduskiego. I co? I wszystko… (w miejsce wielokropka wstawcie sobie to, o czym właśnie pomyśleliście).

Choć mógłbym się bezsensownie pastwić nad Legią i prezesem Mioduskim, to nie zamierzam tego robić. Nie zmienia to faktu, że błędy piętnować trzeba, a konstruktywną krytykę przyjąć. I nie tyczy się ona tylko „Wojskowych”, ale Ekstraklasy w ogóle, a przede wszystkim przyszłego Mistrza Polski, który za rok zapewne znów zacznie rywalizację od I rundy eliminacji do Ligi Mistrzów.

Zacznę od zawodników, którzy z zeszłorocznej pucharowej klęski nie wyciągnęli żadnych wniosków. Rok temu na wyjeździe w doliczonym czasie gry stracili bramkę z Astaną na 1:3, która w końcowym rozrachunku przeważyła o awansie Kazachów. Legia co prawda, podobnie jak w tym roku, wygrała w rewanżu 1:0, ale, podobnie jak w tym roku, ta jedna, bezsensownie stracona bramka w ostatnich minutach przeważyła. Zdarza się to właściwie już po raz trzeci w ciągu ostatnich kilku występów „Wojskowych” w pucharach, bo po odpadnięciu z Ligi Mistrzów z Astaną, klub ze stolicy poległ z Sheriffem Tiraspol. Choć prowadził u siebie 1:0, to pozwolił zespołowi z Mołdawii wyrównać w końcówce meczu u siebie. 0:0 w rewanżu oznaczało pożegnanie z Ligą Europy na etapie eliminacji. Jeżeli piłkarze nie zrozumieją, że mecz kończy się wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego i że zły wynik jest lepszy od bardzo złego rezultatu, to w sierpniu warszawian czeka przykre deja vu.

Pozostałe problemy dotyczą wszystkich polskich drużyn. Jednym z nich są płace zawodników. Podstawowe pytanie do prezesa Mioduskiego i włodarzy innych polskich klubów – dlaczego nie rozliczacie Państwo swoich pracowników? Czy obawiacie się Państwo takiego rozwiązania? To tak, jakby facet w średnim wieku bał się zaprzestania sponsorowania młodszej dziewczyny, bo go zostawi. To samo tyczy się piłkarzy, pytanie czy jest po kim płakać? Vesović, Antolić, Cafu? Naprawdę ci ludzie mieli zapewnić awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów? Śmiechu warte, proszę tylko spojrzeć na ich umiejętności techniczne. Są surowe, jak mięso na grilla w markecie. Może zamiast stałej pensji wprowadzić pensję prowizyjną? Zawodnicy dostawaliby 10% wynagrodzenia, a reszta byłaby zamrożona w postaci premii, których wypłata byłaby uzależniona od osiąganych wyników. Odpadliście z anonimowym zespołem, który koloruje murawę, żeby jakoś ona wyglądała w telewizji? To do zimy przechodzicie na dietę bułka-banan-banan-bułka. Pewnie takiemu Antoliciowi czy Vesoviciowi by to nie pasowało, mimo że prezentują formę rodem z okręgówki i nie zasługują na więcej, niż tysiaka miesięcznie. Zupełnie inną kwestią jest fakt, że gdyby większość ich zarobków brała się z premii za dobrą grę, to zapewne nie podpisaliby kontraktu z Legią, bo wiedzieliby, że za partactwo nie dostaną pieniędzy, tak jak ma to miejsce teraz. W klubie zostaliby piłkarze, którym się chce, którzy mają ambicję, serce i wolę walki. Może warto to przemyśleć nie tylko w Legii, ale również w pozostałych piętnastu klubach Ekstraklasy?

Następna sprawa to skauting. I powtórzę w tym miejscu raz jeszcze pytanie do prezesa Miodsukiego i włodarzy innych polskich klubów – dlaczego nie rozliczacie Państwo swoich pracowników? Przecież ktoś tych Vesoviciów i Antoliciów tu sprowadza. I są to ludzie, którzy zarabiają spore pieniądze za bycie skautami. Niby pracuje w Legii Radosław Kucharski, który w zeszłym roku był nawet zatrudniony w Manchesterze United, tylko co z tego wynika? Do „Wojskowych” trafiają odcinający kupony emeryci pokroju Eduardo, przereklamowani Necid czy Sadiku oraz słabiaki z Bałkanów, typu Vesović i Antolić. Czy ci zawodnicy nagle, po wielotygodniowej obserwacji trafiają do Legii i zapominają, jak się gra w piłkę? Przyszli co prawda Carlitos i Kante, ale o tym, że są to wyróżniający się w Ekstraklasie zawodnicy wiedzieli wszyscy, którzy choć trochę się polską piłką interesują. A może klubowi skauci nie mają nic do gadania, bo ich propozycje są odrzucane przez dyrektorów sportowych? Trudno powiedzieć, kto podejmuje ostateczne decyzje, ale powinien zostać z nich rozliczony. I nie ma znaczenia, czy jest to Legia, Wisła Kraków, Lech Poznań czy Miedź Legnica.

Na koniec jeszcze jeden palący problem polskiej Ekstraklasy. Bednarek, Kądzior, Kownacki, Kędziora, Odjidja-Ofoe. To tylko kilka przykładów zawodników, którzy w ostatnich kilkunastu miesiącach opuścili Polskę po jednym, góra dwóch przyzwoitych sezonach. Masowa wyprzedaż najlepszych piłkarzy ma miejsce co pół roku. Często jest tak, że odchodzą oni za bezcen, jak Kędziora czy Ofoe lub co gorsza, klub posłusznie wysłuchuje rozkazów(sic!) graczy, którzy mimo ważnego kontraktu chcą opuścić drużynę. Odjidja chciał odejść? Nie ma problemu, ale niech Legia na nim zarobi. A nie oddaje w prezencie Olympiakosowi w przecenie, jakby sprzedawała nadpsute warzywa. W ówczesnej formie Belg był wart co najmniej dwa razy więcej, niż 2,5 miliona euro, za które został sprzedany.

Zupełnie inną kwestią jest ogromna chęć opuszczenia Ekstraklasy przez jej najlepszych przedstawicieli. Jak to jest, że taki np. Marcelinho z Łudogorca Razgrad zostawił w tym klubie najlepsza lata swojej piłkarskiej kariery i mimo, że od 7 lat jest gwiazdą przeciętnej ligi bułgarskiej, to nie odszedł z niej gdzieś na zachód? Facet napisał piękną kartę w historii klubu, mając wymierny wkład w dwa awanse do fazy grupowej Champions League i w dotarcie do 1/8 finału Ligi Europy. Pewnie, Łudogorec mógł go sprzedać za 4-5 milionów euro. Wolał jednak zarobić kilkukrotnie więcej, dzięki swojej postawie w europejskich pucharach. Klub się rozwinął, a Marcelinho jest jego grającą legendą. Legio, Ekstraklaso – bierzcie przykład, można!

Kacper Krzeczewski

fot: gettyimages



[fbcomments]

Góra