Artykuły i felietony

Cuda na kiju, czyli za co kochamy sport

97 lat temu, młode Wojsko Polskie odparło bolszewicką armię na przedpolach Warszawy ratując Europę przed ekspansją komunizmu, co określono mianem „Cudu nad Wisłą”. Państwo Polskie było młode i kruche, wojsko podobnie: niejednolicie umundurowane i pośpiesznie dozbrojone w wyniku pomocy, której cudem udzielały państwa europejskie – wbrew sabotażom organizacji komunistycznych. Pomagali Niemcy, Węgrzy dostarczali nam amunicji, Francuzi armat i pojazdów pancernych, karabinów i innej menażerii potrzebnej by żołnierze Gen. Hallera i Rozwadowskiego w bojowym trudzie, zrealizowali cudowny plan (Marszałka Piłsudskiego) chwalony m.in przez Gen. MacArthura (Szef US Army na Pacyfiku podczas WWII) , który posługiwał się założeniami tamtej genialnej operacji, m.in podczas wykładów w West Point. Tekst jednak ma być o sporcie…

Wychowałem się na sportowym etosie: lekkoatletycznego „Wunderteamu”, polskiej szkoły boksu Papy Stamma, cudownych lat „Orłów Górskiego” czy wspomnieniach sukcesów ludzi od „Kata” Wagnera. Ścigałem się na rowerach i grałem w kapslowy „Wyścig Pokoju” , trzymałem kciuki za Czesława Langa podczas zmagań na słynnych „Schodach Kapitonowa” (a 23 lata później pracowałem dla Medalisty Olimpijskiego przy Tour de Pologne). Chodziłem z Dziadkiem na Legie i Polonię, na zawody WKKW (z Kowalczykiem ) , a Ojciec w lecie wykuwał moje umiejętności pływackie na Legii . Sport przeżywałem po swojemu, ciesząc się postępami i porównując – jak każdy chłopak – do idoli z Przeglądu Sportowego, Sportowca czy TV. Podczas pobytu we Włoszech zaraziłem się „calcio” i narciarstwem, ale i sposobem pisania o Mistrzach Sportu. Ojciec opowiadał mi o cudownym, kosmicznym skoku Boba Beamona a dzięki jego pasji do nart, stanąłem kiedyś naprzeciw idola, którym był Ingemar Stenmark…

Zakończyły się lekkoatletyczne MŚ i królowa sportu znowu błyszczy kruszcem zdobytych medali. Osiem krążków uplasowało nas w światowej czołówce a kilka z nich ma dla mnie niesamowity wymiar. Anita Włodarczyk potwierdziła totalna supremację w rzucie młotem. Znowu wbrew upływowi czasu, kontuzji palca i surowym warunkom treningowym, które media wyciągają za każdym razem gdy nasza zawodniczka wygrywa. W tej ostatniej kwestii takie pytanie: czy te warunki to przeszkoda czy może jednak atut wyzwalający dodatkowe pokłady motywacji i sportowej złości? Rocky też miał gorsze warunki od Apollo Creeda a i tak wygrywał … 😉

Adam Kszczot budzi szacunek i strach u afrykańskich rywali, a rodzime pola kukurydzy i łąki okazują się mieć podobnie cudowne właściwości jak płaskowyże Kenii czy Etiopii 😉  I tutaj kolejne przemyślenie i ukłon w stronę Andżeliki Cichockiej – zmaga się ona z rywalkami o prawie męskim poziomie testosteronu, ale z kolei Kszczot też nie ma łatwiej: biegacze z Kenii czy Etiopii mają ścięgna achillesa 10 cm dłuższe od europejskich rywali, co jest kolosalną przewagą, turbo-sprężyną, w technicznym elemencie biegu. Pozostaje trenować i liczyć, że o sukcesach decydować będzie dyspozycja dnia, a ten przecież każdy może mieć gorszy 😉

Fantastyczny wynik zrobił nasz tyczkarz, którego nazwisko brzmi Lisek, ale posturę ma sporego misia, który dokonuje tytułowych cudów na kiju. Fajdek wrócił na swoje tory po fatalnych IO i tym samym zostaliśmy potęga z tradycjami w tej dyscyplinie: mamy złotych i brązowych medalistów z MŚ (bo brązy w Londynie zdobyli Malwina Koproń i Wojtek Nowicki) którzy wspaniale kontynuują dzieło Szymona Ziółkowskiego i Ś.P Kamili Skolimowskiej, której Memoriał dzisiaj na Stadionie Narodowym. Cudownie że z wolnym wstępem –  jak na Skrę, kiedy Dziadek zabierał mnie na trójmecze LA: Polska-NRD-CSRS, na których oglądałem m.in.: Mariana Woronina, Heike Drechsler, Grażynę Rabsztyn czy Jarmiłe Kratochwilową, która uosabiała dzisiejszy casus Semenyi.

Cudowne były zwycięstwa Wojciecha  Fortuny w Sapporo, potem Adama Małysza i – współcześnie – Kamila Stocha i Drużyny w skokach. Siatkarzy, którzy pokonali ZSRR w finale IO ’76, albo podobny  wyczyn (choć bez medalu ale z jakim ładunkiem emocjonalnym) hokeistów, którzy w tym samym roku pokonali na MŚ w Katowicach ultra-faworytów radzieckich. Wspaniałe chwile przeżywaliśmy dzięki siatkarskim „Złotkom” Ś.P trenera Niemczyka, albo szczypiornistom Bogdana Wenty. Porywały zwycięskie pojedynki Diablo Włodarczyka czy wyjątkowe emocje, których dostarczał Andrzej Gołota (śledziłem go od IO w Seulu, gdzie zdobył brąz – tak samo jak Henryk Petrich w kategorii półciężkiej). Cudowne były sukcesy Waldemara Legienia czy Pawła Nastuli oraz polskich wioseł. Cudem jest prognozowany powrót Roberta Kubicy do F1.

A w piłce nożnej? To jest dopiero dyscyplina cudów!  Zwłaszcza niedzielnych, które wyjaśniono po latach prozaicznymi  i haniebnymi zabiegami „Fryzjera”… 😉 Cudowny był pamiętny remis na Wembley, medale MŚ w RFN i Hiszpanii, a zwłaszcza gra tamtych drużyn i zawodnicy, których zazdrościł nam cały świat. Gdyby przyłożyć współczesną miarę komercjalizacji futbolu oraz świata bez granic, to całe jedenastki ówczesnych selekcjonerów grałyby w najlepszych europejskich klubach, a ilość zawodników o dzisiejszym statusie RL9 byłaby zdecydowanie większa. Robert jest dzisiejszym cudem polskiej piłki, bez którego nie byłoby miejsca w rankingu FIFA, ćwierćfinału Euro 2016, Grosickiego goniącego marzenia i motywującego Milika, czy perspektyw rozwoju dla Piotrka Zielińskiego. To Robert jest motywacją i motorem postępu naszej kadry i kadrowiczów – obecnych i przyszłych.

Cudowny był medal IO w Barcelonie, a cudem łódzkim było Mistrzostwo Polski, które Legia przegrała z Widzewem 20 lat temu, mimo, że w 87. minucie prowadziła jeszcze 2:0 (by przegrać 2:3) . Wspaniałe i nieoczekiwane było zwycięstwo ekipy Leo Beenhakkera z Portugalią. Ebi Smolarek dwukrotnie skarcił superfaworytów z CR7 w składzie, którego cudownie z gry wyłączył wtedy Grzegorz Bronowicki. Cudowne były parady Artura Boruca na MŚ 2006 i Euro 2008, a w niedziele cudownego gola zdobył w El Clasico Marco Asensio.

Cudów na kiju obiecują piłkarzom managerowie w otwartym do końca miesiąca oknie transferowym, a ceny za najlepszych graczy są już na niebotycznym poziomie. Jest na to jednak również wytłumaczenie bardzo logiczne: wybitnych graczy jest coraz mniej i z trudem klubom przychodzi zdobywanie gwiazd bądź wypełnianie po nich luk. Wybitnych jest mniej więc ceny za nich są astronomiczne – to normalne: za rzadkie egzemplarze czegokolwiek od zawsze płaciło się krocie.  Do końca transferowej karuzeli dwa tygodnie, Neymar rozbił bank, ale Mbappe czai się na kontrę, a w nowym kontrakcie wspomnianego Asensio klauzula odstępnego wyniesie 350 milionów Euro…The best is yet to come śpiewał Frank Sinatra a ja spodziewam się jeszcze 3-4 hitów transferowych w najbliższych dwóch tygodniach: Juventus maniakalnie goni sen o wygraniu LM, odbudowuje się Inter, Mourinho szuka ludzi potrafiących wygrywać i gotów znowu podpisać umowę ze Zlatanem. Diego Costa nie szanuje Antonio Conte, Ernesto Valverde ma za co wzmocnić Barce, „efekt Neymara” wytrząśnie jeszcze kogoś z PSG (Di Maria czy Draxler zmienią otoczenie?) a Legia musi chociaż dojść do wiosennej części LE by nie musieć liczyć na cud…aby przetrwać w dzisiejszym kształcie i formule.

97. lat temu na przedpolach Warszawy zdarzył się cud, 73. lata temu Młodzi Ludzie na Stołecznych Ulicach czekali na pomoc Aliantów, ale cud się nie zdarzył. Jedną z tajemnic sukcesu pod Radzyminem była ogromna rzesza ochotników, którzy stanowili techniczne czy taktyczne zaplecze frontu, ale dawali również wielkie wsparcie psychiczne walczącym żołnierzom. Nie jest tajemnicą, że w Powstaniu Warszawskim nie walczyli ani ci wszyscy, którzy mogli, ani wszyscy którzy chcieli. Jest faktem, że jedność to siła, a kiedy gra Polska Reprezentacja, to spory milkną i polityka schodzi z afisza. To cud! Naród z genetyczną inklinacją do podziałów potrafi się jednoczyć.

Za rok Mistrzostwa Świata w Rosji, czy wszystko jasne w temacie? Polska Gola!

 

 

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language