Artykuły i felietony

Cudze chwalimy, swojego nie mamy…

Jestem z Polski. Jestem kibicem Borussii Dortmund. Gdy byłem młodszy kibicowałem Widzewowi, chodziłem na mecze z bratem, obrażałem połowę Polski, zdarzało się bić za klub. Nadal czuję pewną więź z czerwono-biało-czerwonymi barwami ale już nie kibicuje, nie sprawia mi to przyjemności.

Zanim zaczniecie mnie linczować za zdradę barw, czy o to, że nie byłem prawdziwym kibicem, skoro nie ma wyników i nagle nie przychodzę na stadion, radzę zwolnić. Przestałem kibicować wiele lat temu, jeszcze przed spadkiem Widzewa do trzeciej ligi. Nadal czuję dumę kiedy czytam, że karnety kupiło więcej osób niż liczy moja miejscowość (Kanzas wschód) czy kiedy przejeżdżam obok stadionu jadąc gdziekolwiek. Ale chodzenie na mecze nie sprawia mi przyjemności jak dawniej. Nie dlatego, że kibice się zmienili, że władze czy, że tęsknię za starym ‘zegarem’. Nie chodzę, bo poziom oglądanego widowiska jest niższy od Bilbo Bagginsa.

Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest poziom jednej drużyny – to jest poziom całej naszej za przeproszeniem ekstraklasy. Od kilku lat panuje trend na podniecanie się wynikami reprezentacji czy tym, że Legia grała w Lidze Mistrzów. Ok, reprezentację jestem w stanie zrozumieć ale polskie zespoły w pucharach? To jest przecież żart. Przecież występy naszych rodzimych klubów od kilkunastu lat brutalnie obnażają brak umiejętności grajków.

I nie wyjeżdżajcie mi proszę teraz z tekstem: ‘jesteś taki mądry pisarzyku, to wejdź i sam zagraj lepiej i dopiero krytykuj’. Po pierwsze: piłkarze są od grania jak dupa od …. – parafrazując słowa wybitnego reżysera Kazimierza Dejmka. Po drugie: okej, ja wejdę na boisko, wypluję płuca i po 40 minutach biegania zabiorą mnie na OIOM, ale wtedy Ty usiądź tu gdzie ja, nasmaruj coś lotnego, błyskotliwego (albo chociaż dającego się przeczytać)  a potem wypromuj to i zgarnij za to grosze, ewentualnie ładny uśmiech.

Ok, nie chcę wojny, zakopmy wojenny topór. Zwracam tylko Twoją uwagę czytelniku, że poziom polskiej ligi ledwo sięga dna. Od spodu. Taka jest prawda. Dlatego wolę jechać kilkaset kilometrów na stadion, gdzie wśród 80 tysięcy ludzi innej nacji będę mógł po prostu obejrzeć dobry futbol. Nie sprzedaje tym samym kraju, nie zapominam o tym co Niemcy zrobili podczas IIWŚ a mój pradziadek nie był folksdojczem. Po prostu chcę oglądać mecze, po których nie będę chciał opuszczać stadionu, gdzie nazwiska skandowane przez kibiców słychać po drugiej stronie Renu. Ciekawe jest, że w Polsce tak bardzo ekscytujemy się meczami typu El Classico, kupujemy koszulki z największymi nazwiskami europejskich klubów.

Zastanawialiście się może dlaczego tak jest? Czemu dzieciaki nie biegają po orlikach w koszulkach Legii, Arki, Cracovii, Jagi czy Lecha? Oprócz oczywistego (łomot od kibica przeciwnej drużyny), powód jest prozaiczny: nikt nie chce w przyszłości zostać piłkarzem polskiej drużyny, bo to żadna kariera. W Niemczech dzieciaki chcą grać w Bayernie, we Włoszech w Juve a w Anglii gdziekolwiek. W Polsce dzieci chcą grać za granicą, bo nawet one widzą, że w polskiej lidze nie ma przyszłości. Powodów jest pewnie kilka i stuprocentowo są one bardziej złożone niż moje dywagacje.

Gdybyśmy zaczęli inwestować w młodzież, dali się im ogrywać to byłoby dużo lepiej. Prócz tego warcholstwo oraz drobnomieszczaństwo widoczne jest w klubach nawet z dużych i prosperujących miast. Nie sądzę, żeby cokolwiek miało się w tej materii zmienić, obym się mylił. Ale nie nazywaj mnie proszę czytelniku chorągiewą, bo serce wciąż czerwone, tylko oczy bardziej spoglądają w Czarno-Żółtą stronę.

Swoją drogą w życiu każdego mężczyzny przychodzi moment, kiedy musi wybrać czy woli atrakcyjną blondynkę, którą chce oglądać całymi dniami czy Kopciuszka z czerwonymi z chłodu policzkami. I jedna i druga ma coś w sobie, więc jeśli odmówisz mi dotyku, pozwól chociaż czasem odwrócić wzrok.

(KS)



Komentarze

komentarze


Góra