Artykuły i felietony

Czerwony Byk doda Ci skrzydeł

Przed nami trzecia kolejka Bundesligi. Po dwóch spotkaniach możemy już dyskutować, który zespół trafił z formą na początek sezonu. Niekwestionowaną rewelacją jest w tym momencie VLF Wolfsburg. Naturalnie, na czele jak zwykle jest Bayern. Ale to dopiero początek sezonu. Za kilka kolejek, do wyścigu o czołowe miejsca może dołączyć jeszcze jeden silny kandydat. Jest nim RasenBallsport Leipzig. 

Pewnie jesteście zaskoczeni, w jaki sposób drużyna, która po dwóch kolejkach wymęczyła zaledwie jeden punkt, do tego z beniaminkiem Fortuną Dusseldrof, będzie w stanie walczyć o najwyższe lokaty. Powodów jest kilka, na początek nutka historii, by dobrze odnaleźć się w temacie. Klub RB Lipsk został założony 19 maja 2009 roku przez grupę Red Bull GmbH – austryjacką kampanię znaną głównie ze sponsorowania sportowych eventów. Ze względu na zakaz używania nazw firmowych w nazwach klubów w Bundeslidze (Leverkusen, wszystkie oczy na was), klub musiał zdecydować się na użycie RasenBallsport w nazwie.

Klub z Saksonii zaczął rozgrywki na niemieckich boiskach od Oberligi (liga okręgowa, piąty szczebel rozgrywek w Niemczech). Stamtąd, niemalże sezon w sezon, zdobywali promocję do wyższych lig. Przechodzili kolejno: Oberligę, Regionalligę Nord, Regionalligę Nordost, 3. Ligę, 2. Bundesligę, aż trafili do pierwszej Bundesligi. Nie udałoby się osiągnąć takiego progresu, gdyby nie pieniądze od Czerwonego Byka. W Polsce mamy Czerwony Krzyż, Lipsk ma Czerwonego Byka. To zresztą najczęstszy zarzut wieloletnich kibiców Bundesligi. Wyrażają jawny sprzeciw obcym kapitałom na swoim rynku, oskarżając klub o brak tradycji. Trudno się nie zgodzić z rdzennymi niemieckimi kibicami, szczególnie tymi starszymi, którzy pamiętają powstawanie Bundesligi. Ich ukochane kluby przez lata pracowały na pozycję w kraju i na świecie, podczas gdy za pomocą odpowiednich środków finansowych wyrósł im groźny konkurent.

Podejście niemieckich kibiców do RB Lipska nie jest jednak tematem, którym będziemy się zajmować. Tym bardziej, że Lipsk ma po swojej stronie kilku ludzi z autorytetem. Nawet Heinz Hoher, żywa legenda niemieckiego futbolu (zarówno jako piłkarz – niespełniony – oraz trener) publicznie pochwalił politykę klubu. Można o tym przeczytać w książce Ronalda Renga, pod tytułem ,,Bundesliga. Niezwykła opowieść o niemieckim futbolu”. I właśnie na sposobie zarządzania klubem chciałbym się skupić w tym tekście.

Nie ukrywajmy, można mieć pieniądze, kontakty i masę pomysłów – ale bez mądrego zarządzania zasobami i długoterminowego planu, żaden klub nie będzie w stanie się utrzymać na szczycie. A RB Lipsk takowy plan ma, można powiedzieć, wręcz genialny w swojej prostocie. Spółce Red Bull GmbH już zaczynają zwracać się pieniądze, jakie zainwestowała w stworzenie i wypromowanie klubu. Początkowo, gdy średnia frekwencja na trybunach w Lipsku liczyła ok. 2 tysięcy widzów, obecnie nie spada poniżej 40 tysięcy. Ale to nie dochód ze sprzedanych biletów, czy sprzedaż praw telewizyjnych decydują o sukcesie drużyny. Decyduje o nich mądra polityka transferowa, której mogłyby się uczyć polskie kluby.

Do Lipska trafiają zawodnicy młodzi, bardzo perspektywiczni, ale bardzo rzadko przepłacani. Żeby to Państwu dobrze pokazać, posłużę się kilkoma liczbami. W 2016 roku, Lipsk sprowadził Nabyego Keitę z RB Salzburga (klubu, który również jest sponsorowany przez Red Bull GmbH) za 24 mln euro. Przed rozpoczęciem obecnego sezonu, sprzedano go do Liverpoolu za 60 mln euro. Za te pieniądze kupiono Mukiele, Cunhę oraz przede wszystkim Marcelo Saracchiego. Mukiele i Saracchi (obaj 20 lat) od początku sezonu występują w pierwszym składzie Lipska. Na szczególną uwagę zasługuje Urugwajczyk, który mimo słabych wyników, znalazł się już nawet w jedenastce kolejki według Kickera. Cunha powoli przedziera się do składu, chociaż patrząc na konkurencję z przodu, nie będzie to łatwe.

Właśnie – konkurencja – to jest idealne słowo, żeby opisać sposób budowania składu w Lipsku. Średnia wieku ekipy z Saksonii wynosi w tym sezonie 23,5 roku. Przyjrzyjmy się poszczególnym formacjom. W bramce pewniakiem jest Peter Gulacsi. Jeżeli chodzi o obronę, to w obiegu są Upamecano, Orban, Konate, Mukiele, Saracchi, Halstenberg i Klostermann. Każdy z tych piłkarzy ma coś do zaoferowania a najstarszy z nich (Halstenberg) ma 26 lat. W pomocy również duży wybór: Demme, Ilsanker, Kampl, Forsberg, Bruma, Sabitzer. Nieustępliwość Demme, swoboda i sposób rozgrywania Kampla, szybkość Brumy czy świetne podania otwierające Forsberga stanową siłę zespołu. W ataku młodość i chęć gry. Timo Werner, Kevin-Augustin, Cunha i Poulsen potrafią zadbać o to, żeby bramkarz przeciwnej drużyny był ciągle rozgrzany.

Przynajmniej połowa z zawodników, którymi rotuje trener Ralf Ragnick, była już łączona z przenosinami do największych europejskich potęg. Mimo to, większość z nich wciąż pozostała w klubie. Tutaj ponownie, dużą rolę odgrywają pieniądze. Zawodnicy nie chcą zmieniać miejsca pracy, ryzykując utratę miejsca w pierwszy składzie, skoro z Lipskiem mogą dobrze zarobić, ciągle grać, i nawet europejskie puchary nie są tak odległe. Włodarze RB Lipska robią dobrze to, czego przez lata nie potrafi ogarnąć Borussia Dortmund. W BVB również kupowani są młodzi piłkarze, tylko że zanim coś zdobędą z klubem, zdążą już zostać skuszeni bardziej intratną ofertą z Hiszpanii, Anglii czy królestwa kiełbasek.

W Lipsku jest inaczej, tam każdy piłkarz, zanim ucieknie za konkretną sumkę pieniędzy, musi udowodnić swoją przydatność. Ralf Ragnick nie boi się posadzić największe gwiazdy na ławce. Wielokrotnie bywało tak, że podczas lepszej dyspozycji kolegów, na ławce rozpoczynali Werner czy Forsberg. Niezależnie od tego, drużyna nadal dobrze funkcjonuje – nikt się nie obraża o brak gry, każdy ma wolę walki, by być w pierwszej jedenastce. Po tym sezonie najprawdopodobniej z klubem pożegna się Werner oraz Bruma. Czy to sprawi kłopot drużynie? Raczej nie, biorąc pod uwagę, że za chwilę znajdzie się kolejny młodzian głodny gry, który chętnie wskoczy w buty byłych gwiazd.

Na wstępie zaznaczyłem, że polskie kluby mogłyby się uczyć od Lipska. Naturalnie nie chodzi mi o wydawanie pieniędzy, bo to co dla RB jest drobnym wydatkiem, w Ekstraklasie byłoby górną granicą transferową. Chodzi o brak strachu przed stawianiem na młodych. Poziom polskiej ligi jest żenujący. Czemu nikt nie chce wziąć tego na barki i spróbować utworzyć zespół z młodych, zdolnych piłkarzy? Odpowiedź jest prosta – każdy boi się spadku, fali krytyki i braku wyników. Ale czy mając stetryczałe kadry, polskie zespoły wykręcają jakiekolwiek wyniki? Czy jest jakiś zespół w Ekstraklasie, który nie obawia się spadku/ewentualnie utraty pozycji? W tak równo grającej lidze, takich zespołów po prostu nie ma.

Nikt chyba nie zaprzeczy, że Bundesliga jest lepszą ligą od Ekstraklasy. Mimo to, RB Lipsk w debiutanckim sezonie wywalczyło drugie miejsce w tabeli. W drugim sezonie (tak zwanym weryfikującym beniaminków) zdobyli co prawda szóstą lokatę, ale przez prawie połowę sezonu grali w osłabieniu przez kontuzje. Obecny sezon rozpoczęli poniżej oczekiwań, ale każdy, kto ogląda regularnie Bundesligę, doskonale wie, że ten stan rzeczy może szybko ulec zmianie. Bayernowi pewnie nie zagrożą, ale kolejny tytuł wicemistrza jest jak najbardziej w zasięgu.

Kończąc, proszę wspomnieć moje słowa za kilka miesięcy, może lat. Wtedy z Lipska będą wyfruwać piłkarze za kwoty zbliżone do transferu Keity, a włodarze będą mieli kolejnych, by załatać luki w składzie. Ostatnie porównanie: Timo Werner przychodząc do Lipska, kosztował klub 14 mln euro. Obecnie, wg serwisu transfermarkt jest wart 60 mln euro. A doliczając do tego obecne standardy transferowe, Lipsk może w niedalekiej przyszłości przytulić nawet ponad 100 mln euro za gracza. Mam wrażenie, że prawdziwy czas Lipska dopiero nadejdzie.

fot: gettyimages.com



[fbcomments]

Góra