Bez kategorii

Dzieci bez troski

Piłkarze PSG przegrali na Camp Nou, jakby mieli po dziesięć lat. Ot, wyszli, pokopali, a po strzeleniu gola stwierdzili, że chyba już im się nie chce, więc postoją i poczekają. Nie chciało się sędziemu Denizowi Aytekinowi użyć gwizdka kilka razy, gdy powinien, za to odgwizdał karnego na Luisie Suarezie, którego widział tyko on. Barcelona skorzystała ze wszystkiego w sposób modelowy, napisała nieprawdopodobnie wprost emocjonująca historię. Przy okazji po raz kolejny udowadniając, jak dużo racji mają ci, którzy pomstują na… media społecznościowe.

Teoretycznie pomysł, jaki stoi za facebookiem, twitterem, itd. jest genialny. Podobnie jak znakomitą ideą było tzw. dziennikarstwo obywatelskie. Najnowsze analizy, jakie przychodzą (jak i same media społecznościowe) a jakże, z USA, pokazują jednak, że coś nie wypaliło. Okazuje się, że chaosie informacyjnym coraz ważniejsze jest, kto mówi. Nie da się przyłożyć tej samej miary do opinii wygłaszanej przez profesora i jego studenta, choć w internecie obaj mogą mówić używając tej samej platformy. Słynne słowa Stanisława Lema, który stwierdził, że nie miał pojęcia ilu idiotów jest na świecie, dopóki nie wynaleziono internetu, w szale emocji, jakie rozpalają media społecznościowe wydają się nadzwyczaj aktualne.

Mój pierwszy szef z TVP, dziś dyrektor komunikacji w PZPN, Janusz Basałaj, napisał dzień po meczu Barcy, że warto odłożyć na bok plemienne wojny i docenić, czego byliśmy świadkami. Pamiętam inną jego wypowiedź, ze studiów zarządzania organizacjami sportowymi na Uniwersytecie Jagiellońskim, kiedy prowadził warsztaty. Mówił o naturalnej potrzebie dania upustu emocjom. O tym, że kiedyś społeczeństwo realizowało ją przez pisanie na murach, potem były telefony do redakcji gazet, a teraz internet. Kilkanaście lat temu zdiagnozował dzisiejszy stan wojny między kibicami Barcelony i Realu. Dla mnie ów nieustający konflikt jest patologiczny. Wykracza poza kibicowanie, sprowadza je do wyścigów poniżenia drugiej strony.

Nie prowadzę badań tak dokładnych, wielowymiarowych jak w USA, nie mam za sobą think tanku, ale postawiłbym tezę, że winą jest…wiek. Nie ten XXI, który przyniósł rewolucję technologiczną, a wiek piszących. W dużej mierze winą za wrażenie, że kibicowanie hiszpańskim okrętom flagowym futbolu sprowadza się do jednego, nieustającego zalewu rynsztoka, steku wyzwisk i szyderstw, ponosi fakt, że młodzi ludzie uczestniczący w tym chocholim tańcu zwyczajnie nie dorośli. Do normalnej dyskusji, do szacunku. Dlatego bez żadnej troski i zapewne świadomości chcą używać innych w roli worka treningowego. Tymczasem zasługa tych besserwisserów w zwycięstwie Madrytu, czy Barcelony jet zerowa.

Wychowałem się na olsztyńskim osiedlu Jaroty, gdzie ganialiśmy za piłką i zawsze żywo o niej rozmawialiśmy, kłóciliśmy się non stop. Dziś dziękuję Bogu, że nie było wtedy mediów społecznościowych, ba! Nie było nawet internetu. Za wiele zachowań, wypowiedzi pewnie dziś bym się wstydził, bo pamiętam jak łatwo przychodziło nam brutalnie oceniać na podstawie stereotypów.

Obserwując, czy też dostając się w wir zjawiska hejtu (wystarczy do tego napisać cokolwiek o Realu lub Barcelonie), jestem wdzięczny, że na swojej drodze spotkałem mądrych ludzi. Od takich uczyłem się zawodu. Zresztą w prywatnych wiadomościach dostaję nieustannie pytania od dużo młodszych ludzi, jak zostać komentatorem sportowym. Odpowiadam, że przede wszystkim trzeba czytać książki. Pracować nad warsztatem każdego dnia. A jeśli uważasz, że media społecznościowe – w których jest także wiele pięknych i wartościowych treści, jak akcje charytatywne – służą do ciskania gromów na innych i „udowadniania” wyższości, zacznij od pracy nad wartościami podstawowymi, takimi jak szacunek. Bo sport, mimo że niektórzy sportowcy i drużyny pokazują coś odmiennego, od niego się zaczyna.

Dopuszczam oczywiście możliwość, że przesadzam, a narzekanie na młodzież jest typowym objawem tego, że się zestarzałem. Tym bardziej, że udział w tej nieustannej nagonce na wroga biorą też starsi. Może taka już jest funkcja nowoczesnego kibicowania w świecie, gdzie często jesteśmy poddawani różnej presji i manipulacji. Nie wystarczy radość sukcesu, musi być połączona z próbą poniżenia przegranego, czy odwiecznego rywala. Jeśli tak, to baron Pierre de Coubertin przewraca się w grobie.



Komentarze

komentarze


Góra