Polacy w ligach zagranicznych

El. LE: Jaga i Lech w III rundzie, blamaż Górnika

Choć najwięksi pesymiści przewidywali, że w III rundzie eliminacji do Ligi Europy poza Legią nie zamelduje się żadna polska drużyna, to aż tak źle nie jest. 2 z 3 zespołów wypełniło swoje zadania na czwartek, a Jagiellonia stworzyła ponadto kapitalne widowisko.

Zacznijmy jednak od łyżki dziegciu, czyli fatalnej postawy Górnika Zabrze. Przed dwumeczem szanse na awans drużyny ze Śląska oceniano na realne, choć nieznacznym faworytem był Trenčín, czyli piąta siła ligi słowackiej zeszłego sezonu. Już pierwszy mecz i porażka u siebie 0:1 zweryfikowały ekipę Marcina Brosza, która w ostatnich tygodniach w niczym nie przypomina zespołu, który fantastycznie rozpoczął ubiegły sezon. Wczoraj było jeszcze gorzej, porażka 1:4 na wyjeździe, a w dwumeczu 1:5. Niektórzy tłumaczą to zapłaceniem tzw. frycowego przez zabrzan. Frycowe rok temu zapłaciła Arka, która w doliczonym czasie gry straciła bramkę przesądzającą o odpadnięciu w III rundzie eliminacji LE z solidnym europejskim średniakiem (jeżeli przyjmiemy, że europejski średniak to ekipa regularnie grająca w fazie grupowej LE) – Midtjylland. Górnik natomiast zanotował niechlubny blamaż, nawet przez chwilę nie będąc w stanie nawiązać walki o awans do III rundy. Ogromnych luk po odejściu Kurzawy, Kądziora i Wieteski nie uzupełniono, a efekty są opłakane. Zupełnie inna kwestia to fatalna forma Żurkowskiego i Angulo, którzy powinni być liderami zespołu. Po zeszłym sezonie i świetnym przygotowaniu Górnika do pierwszych tygodni rozgrywek przez Marcina Brosza, w tym liczyłem na to samo. Znów sprawdza się jednak powiedzenie, że jedna jaskółka wiosny (a w tym przypadku właściwie jesieni, czy może nawet lata) nie czyni. Nie można się tłumaczyć tylko odejściem kluczowych piłkarzy, bo ci co zostali, prezentują się kiepsko – błędy musiał więc zostać popełnione już na etapie okresu przygotowawczego.

To co należy zrobił Lech, choć podobnie jak w meczu I rundy z Gandzasarem Kapan, nie była to bułka z masłem. Choć tym razem „Kolejorz” przeważał przez całe spotkanie, to 1:1 przywiezione z Białorusi nie wystarczyło do wywalczenia awansu w regulaminowym czasie gry. Bardzo dobra dyspozycja bramkarza Szachciora Soligorsk, Andrieja Klimowicza i rozprężenie w obronie spowodowały, że do wyłonienia zwycięzcy potrzebna była dogrywka. W tej Lech strzelił dwie bramki i wygrał bezproblemowo 3:1. Trener Ivan Djurdjević znów wybronił swój system 3-5-2, jednak ponownie nie obyło się bez błędu Vernona de Marco. Mimo to Djuka konsekwentnie stawia na 25-letniego obrońcę wypożyczonego ze Slovana Bratysława. Za tydzień faktyczny egzamin dla systemu 3-5-2, de Marco i Djurdjevicia – pojedynek z KRC Genk, ćwierćfinalistą Ligi Europy sprzed dwóch lat, który w II rundzie pokonał gładko w dwumeczu luksemburską Folę 9:1 (dla przypomnienia – Legia gra z innym luksemburskim zespołem – Dudelange). Mam nadzieję, że Serb nie będzie musiał skrywać rąk w dłoniach po błędach Argentyńczyka i że tym razem Vernon nie będzie antybohaterem. Będąc realistą jednak w to powątpiewam. A co z systemem 3-5-2? Trzeba dać Djuce trochę czasu, nawet w przypadku dotkliwej porażki z Belgami. Wydaje się, że Serb wie co robi i że może okazać się człowiekiem, który będzie w stanie użytecznie wykorzystać ten system na przestrzeni kilku-kilkunastu miesięcy.

Na koniec wisienka na torcie, czyli postawa Jagielloni. Chciałbym rzecz, że wisienka z truskawką w jednym, ale nie popadajmy w hurraoptymizm. Jeżeli ktoś by mnie zapytał, który z rodzimych klubów ma najmniejsze szanse na awans do III rundy LE, to wskazałbym właśnie na Jagę, pamiętając jej blamaże z poprzednich lat. Trener Ireneusz Mamrot, co rzadkie wśród polskich szkoleniowców, stawia europejskie puchary na pierwszym miejscu (to samo zrobili Leszek Ojrzyński rok temu z Arką i Jacek Magiera z Legią – obaj stracili pracę). W wyjazdowym meczu z Arką, który drużyna z Podlasia wygrała 2:0, dał odpocząć takim zawodnikom jak: Machaj, Kwiecień, Frankowski czy Sheridan, wpuszczając ich na boisko pod koniec spotkania albo w ogóle. I właśnie ci ludzie rozdawali karty w Portugalii. Jaga nie broniła skromnej, jednobramkowej zaliczki z Białegostoku, a zaatakowała Rio Ave. Pierwszego gola zdobył Sheridan po asyście Frankowskiego. Oznaczało to, że wicemistrz Polski może przegrać na wyjeździe jedną bramką, a i tak awansuje. Gospodarze rzucili się do ataków i jeszcze przed przerwą udało im się wyjść na prowadzenie. Po przerwie obserwowaliśmy ostrą walkę i wymianę ciosów: wyrównanie Jagielloni, strata bramki na 3:2 i prowadzenie Portugalczyków, wreszcie dwie bramki zespołu z Podlasia, które dały Jadze duży komfort psychiczny. Podopieczni Ireneusza Mamrotał mogli oddać pole gry Rio Ave i choć stracili gola na 4:4, to i tak mogli cieszyć się z awansu. Pierwszego wywalczonego dla polskiego zespołu w starciach z portugalskimi ekipami. Drużyna z Podlasia pokazała, jak należy grać, gdy nie jest się faworytem – przez zdecydowaną większość tego dwumeczu grę prowadziło Rio Ave, jednak wicemistrz Polski był skuteczny, nie stracił bramki u siebie, zrobił użytek ze stałych fragmentów gry i wyprowadzał groźne kontry. Choć trzeba jeszcze popracować nad grą w defensywie (błędy w kryciu spowodowały utratę trzeciej bramki) i koncentracją (bezsensowna strata Pospíšila przyczyniły się do zdobycia przez Rio Ave czwartego gola), to można być zadowolonym z postawy białostoczan. Nie można zapomnieć o naprawdę dobrej formie Kelemena, który był bohaterem pierwszego spotkania, a w Portugalii, mimo wpuszczenia czterech bramek, zaprezentował się solidnie (jego konto obciąża tylko gol stracony z rzutu wolnego), niejednokrotnie ratując Jagiellonię z opresji.

Na koniec podsumowanie punktów do rankingu UEFA, bo to też bardzo ważny aspekt, na który kibice często nie zwracają uwagi. Po czwartkowych meczach na polskim koncie przybyło 0.250 punktu (0.125 wywalczyła Jaga remisując, Lech natomiast 0.250), tak więc obecnie nasz kraj ma ich 2.125, czyli o 0.750 mniej, niż w zeszłym roku, jednak wciąż trzy zespoły są w grze. Za każde pucharowe zwycięstwo polskiej drużyny przyznawane jest 0.250 punktu, natomiast za remis 0.125. Dodatkowe punkty otrzymuje się również za awans do fazy grupowych Championa League i Ligi Europy.

A już za tydzień w czwartek następna dawka emocji związana z występami polskich ekip w Europie. Legia zmierzy się z Dudelange u siebie, podobnie jak Jagiellonia z Gent. Lech pierwszy mecz zagra natomiast na wyjeździe z KRC Genk. W najtrudniejszej sytuacji wydaje się być „Kolejorz”, w którym wiele nie funkcjonuje jeszcze tak, jak należy, a przyjdzie mu się zmierzyć z wymagającym rywalem. Jaga powinna stoczyć wyrównany bój o awans z Gent (białostoczanie z Rio Ave pokazali, że są w stanie takie dwumecze wygrywać). Brak awansu Legii byłby ogromną kompromitacją.

Kacper Krzeczewski

fot: gettyimages



[fbcomments]

Góra