Blog Maćka Iwańskiego

Jak Groclin z Manchesterem wojował, czyli o zachłanności pewnego polityka

Gdy drużyna Groclinu Dyskobolii z maleńkiego Grodziska Wielkopolskiego wyeliminowała Manchester City w drugiej rundzie Pucharu UEFA, dwa kraje nie posiadały się zdumienia. Zwykle dumni Anglicy i jeszcze bardziej dumni Polacy. Jeśli piłkarze City rozpaczali po odpadnięciu z Ligi Mistrzów w Monaco (wątpię) to mogliby się pocieszyć, że czternaście lat temu było dużo gorzej. Groclin, choć przemknął przez polski futbol niczym meteor, zapisał się w historii na zawsze. Tak się składa, że były to mecze numer pięć i sześć, które skomentowałem w telewizji.

W kultowym serialu „Zmiennicy” pada zdanie: – I oby trąba twojego słonia nie trafiła w kaktus. Jedno z bardziej oryginalnych dobrych życzeń, jakie słyszałem. Mam w domu płyty CD z nagranymi początkami mojego telewizyjnego komentowania, gdy miałem 24 lata i byłem po kilkuletniej szkole radiowej. Niedawno nawet włączyłem jedną z nich… Toż to był eksperyment na żywym, kilkumilionowym organizmie widzów. Za niego zawsze będę wdzięczny ówczesnemu szefowi sportu w TVP, Januszowi Basałajowi, który dał mi szansę po przesłuchaniu kilkudziesięciu ludzi i przyjął młodego chłopaka z Olsztyna. On też podjął decyzję, że skoro zacząłem komentowanie Groclinu, to będę to robił do końca ich pucharowej przygody – czyli wiosny 2004 roku. Dzięki temu mogłem poznać lepiej pełną ciekawych postaci drużynę i przeżyć z Piotrem Reissem oraz Adamem Matyskiem w roli współkomentatorów niezapomniane emocje.

Groclin to był też eksperyment. W pewnym sensie kaprys Zbigniewa Drzymały, któremu zamarzyło się w czternastotysięcznym miasteczku mistrzostwo Polski. Do tego stopnia, że gdy jego drużyna zdobyła drugie miejsce, kazał przygotować specjalną tablicę, na której zielonym tle widniało wielkie „Mistrz Polski”. Dopiero bardzo wprawne oko dostrzegało maleńki dopisek „Vice”, który był już koloru żółtego. Wielu śmiało się do rozpuku, a ja uważam, że było to charakterystyczne dla profilu klubu, zbudowanego całkowicie wokół właściciela, który rywalizował wtedy bardzo m.in. z Amicą Wronki. Czasy to były dla polskiej piłki nieciekawe, wielu kręciło się w niej złodziei i parodystów futbolu, więc sukcesy w Europie były miłą odskocznią.

Wyeliminowanie Herthy Berlin wprawiło Europę w osłupienie, ale dopiero remisy z Manchesterem City odbiły się (bardzo) szerokim echem. Owszem, Hertha była silną marką, ale przypominała trochę swój stadion – przebudowywany na MŚ 2006. Stanowisko komentatorskie przygotowano wtedy na pustej trybunie, wśród prętów i rusztowań. Niezapomniane przeżycie. Ciekawiej było jednak z Manchesterze. Między innymi dlatego, że polecieliśmy tam (kilku polskich dziennikarzy) z zespołem. Startowaliśmy z Poznania, a na wejściu do maszyny ktoś rozwiesił szalik z napisem „Dyskobolia”. Drzymała, wchodzący do samolotu jako ostatni, na jego widok spąsowiał. Zapytałem jednego z pracowników klubu, o co chodzi. – To piłkarze robią sobie jaja. Wódz (tylko tak mówiono o Drzymale – dop. M.I.) nie lubi starej nazwy, bo nie po to płaci, żeby eksponować Dyskobolię, a nie Groclin. Jak zamówiliśmy dwieście tych szalików z „Dyskobolią”, to kazał wszystkie spalić – usłyszałem. Drzymała zachował klasę i po prostu usiadł na miejscu.

Mecz na nowiutkim wtedy City of Manchester Stadium był porywający. Po niebieskiej stronie Nicolas Anelka, Robbie Fowler, a w bramce polskiej drużyny świetnie broniący Mariusz Liberda. Potem szansa Marcina Zająca i gol z wolnego Sebastiana Mili. Jak dziś widzę Milę w szaleńczym rajdzie po tym, gdy bezradny David Seaman wyciągnął piłkę z bramki. A za nim uradowany ojciec chrzestny, czyli nie starzejący się Tomasz Wieszczycki (wrażenie być może dlatego, że już wtedy znany był z charakterystycznej fryzury). Pal licho, że na końcu był remis, to dzięki bramce wyjazdowej w rewanżu Groclin wyrzucił z pucharu UEFA drużynę multimilionerów. Do Polski wracaliśmy czarterem LOT-u od razu po spotkaniu. Do Poznania dotarliśmy około trzeciej nad ranem. Załoga była tak miła, że zgodziła się zabrać wszystkich, których celem była Warszawa do stolicy, bo samolot i tak wracał na Okęcie. Wyszliśmy do terminala i czekaliśmy na pozwolenie, by wrócić na pokład.

Poleciał z nami na mecz pewien polityk. Całkiem sympatyczny, kibic. Partię pomijam, bo po pierwsze, zmienił od tamtego czasu, po drugie nie polityczna strona jest tu istotna. Rozmawiało nam się normalnie, co wywołało u mnie pewne zdziwienie, bo nie mając żadnego doświadczenia z politykami, sądziłem raczej, że oni w kółko mówią o tym samym – czyli swoich poglądach i pomysłach. Było miło, ale gdy wchodziliśmy w środku nocy z powrotem na pokład, zrobiło się zabawnie. Pan polityk, idący przodem, zobaczył szalik, który wciąż zawieszony był w samolocie i… rzucił się na niego niczym Liberda na piłkę, jął zrywać go i szarpać. Trwało to dobrą minutę. Trudno mi było wówczas pojąć ową zachłanność. Z czasem, gdy poznałem kolekcjonerów, pomyślałem, że może miał swój cel w zdobyciu unikatowego szalika? A może po prostu szkoda mu było dwóch dych na zakup podobnego? Tego się już nie dowiem. Tak na marginesie, powrót pustym Boeingiem 737 z Poznania do Warszawy był wyjątkowy. 24 minuty od startu do lądowania.

Szkoda, że Groclin jak szybko błysnął, tak szybko zgasł. Wnosił sporo kolorytu. Futbol jest coraz bardziej profesjonalny i coraz mniej w nim historii jak ta z zawracającymi autokarami. Polecenie osobiście wydał Drzymała, gdy po telefonie kontrolnym ze strony właściciela okazało się, że w Polsce zostały… instrumenty orkiestry, która przygrywała na każdym meczu. Nie było wyjścia, autokary zawróciły, instrumenty zabrano. Trzeba było widzieć miny kibiców w Manchesterze, gdy na swoim lśniącym jeszcze nowością, pięknym stadionie zobaczyli grupę kilkudziesięciu fanów, z których mniej więcej jedna trzecia zasuwała pełnym instrumentarium hity z list przebojów i klubowe pieśni. Pewnie miny owe dorównywały tym po ostatnim gwizdku rewanżu w Grodzisku Wielkopolskim, gdy niezwłocznie huknęły fajerwerki, zamówione przed meczem przez pewnego sukcesu Drzymałę.

Grali w Groclinie wtedy m.in. Radosław Sobolewski, Mila, Wieszczycki, Grzegorz Rasiak, Andrzej Niedzielan, Liberda, Zając czy Mariusz Pawlak. Udowadniali, że wszelkie kompleksy to bzdura. Wspomagani Ivicą Kriżanacem, Radkiem Mynarem i Ludomirem Sedlaczkiem sprawili, że jesień 2003 była naprawdę rozrywkowa. Trochę mi szkoda, że tamten klimat już nie wróci.

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language