Artykuły i felietony

Legia specjalnej troski

„Dzisiaj w Europie nie ma już słabych drużyn” tak brzmi najbardziej asekurancki bon mot trenerów i piłkarzy. To alibi-gotowiec na okoliczność niespodziewanego fiaska, klapy, niespodziewanej przegranej. Czy jednak nie jest to stwierdzenie, którego nie można podważyć?

W środę Legia gładko odprawiła pierwszych rywali w drodzę do sportowego i biznesowego celu sezonu czyli rozgrywek LM. Zrobiła to gładkim 3:0 osiągniętym w pierwszej połowie: najlepszy był Guilherme, Kasper Hamalainen popisał  podcinką ( a la Totti;) a trener Magiera mógł pozwolić sobie na luksus wprowadzenia zawodników drugiego planu: Szwocha, Monetę i Szymańskiego. Wszystko planowo i w zasadzie nie ma o czym więcej pisać poza tym, że piątkowe losowanie daje Legii dalsze nadzieje – warszawian czeka najprawdopodobniej wyjazd do Kazachstanu, gdzie powinni sobie poradzić, choć przeciwnik będzie niewygodny i niebezpieczny. Grać będziemy na Astana Arena, na sztucznej nawierzchni, która pamięta remisowy mecz reprezentacji Adama Nawałki – uwaga zatem na wybieganych i zawziętych gospodarzy.

W sobotę Legia przegrała w Zabrzu dając pole do popisu tym, którzy lubią pisać o niej w kontekstach niespodziewanych porażek, kolan, walcowania i podobnych serdeczności.  Początek sezonu: czas Lechii, Wisły, Lech może zmaże w lidzę pucharową qvasi-plamę…… Górnik Zabrze przejechał się po Wojskowych jak Adam Kownacki po Arturze Szpilce, ale o ile Polak z Brooklynu najprawdopodobniej zakończył karierę chłopaka z Wieliczki, o tyle Legia dopiero zaczyna sezon i do takich wpadek zdążyła nas przyzwyczaić, a z tej – wyjątkowo – jestem ją  w stanie wybronić z czystym sumieniem (choć z minimalnie mieszanymi uczuciami;) .

Owszem – Mistrz Polski powinien ten mecz wygrać, ale czy na pewno i czy już na tym etapie? I tak i nie. Z jednej strony dobry wynik dla rywalizacji, która niegdyś elektryzowała całą Polskę. Jeśli pojedynki Legii z Lechem to krajowa wersja „El Clasico”, to warszawsko – zabrską rywalizację można nazwać podobnie do innego europejskiego klasyku: „Derby Polski” – nawiązując do rywalizacji – Juve z Interem –  zwanej „Derby Włoch”. Wiadomo było, że Legia jest myślami w przygotowaniach do kolejnych meczów el. LM, a Górnik będzie chciał za wszelką cenę pokazać się w premierowym meczu Ekstraklasy, na nowym stadionie z odwiecznym rywalem – zwłaszcza w kontekście szczęśliwego awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej, który odnotowano rzutem na taśmę, świetną serią na ostatniej prostej zeszłorocznych rozgrywek I ligi. Legia zaś ma inny cykl przygotowań, zakrojony na inne cele i wiadomo, że punkty utracone w początkowej fazie rozgrywek będzie odzyskiwała na ich finiszu – w innym już składzie zapewne. Zaznaczę jeszcze, że trzymam kciuki za Arkadiusza Malarza, którego uraz głowy nie powinien był się wydarzyć. Kontra Górnika była piękna i skuteczna, ale zachowanie Angulo było – moim zdaniem  – bezmyślne i nieodpowiedzialne…jeśli nie złośliwe a na pewno chamskie . Nie było tak, że strzelił i od razu wpadł rozpędzony w bramkarza Legii – on zrobił przedtem 6-8 kroków i bezmyślnie(?) wyrżnął kolanem w głowę Malarza. Można było tego uniknąć – trzeba tylko było chcieć(pomyśleć).

Legia jest wciąż w budowie – jak stadion w Zabrzu i dlatego nie powinno być miejsca na jakieś skrajne emocje w związku z tym wynikiem. Legia została – po raz wtóry – poważnie osłabiona: po niefajnej medialnej kołomyjce odszedł Vadis Odidja Ofoe, w podobnym stylu żegna się z Legią Michał Pazdan, Radović leczy kontuzje a w pierwszych dwóch meczach sezonu  jako środkowy napastnik zagrał Hamalainen….o losie! Fin to zawodnik i sympatyczny, i inteligentny (piłkarsko i ludzko) i pracowity i oddany i wszechstronny – ale kupiony kiedyś by osłabić Lecha i nie do grania jako jedyny napastnik. Jego miejsce na boisku w dwóch pierwszych meczach sezonu świadczy o tyle dobrze o wszechstronności zawodnika co wymownie o sytuacji kadrowej Jacka Magiery. Tym niemniej nie ma co dramatyzować. Znowu sytuacja kojarzy mi się z sytuacją w jakiej znajdują się Milan oraz Inter: pierwsi (jak Lech Poznań) przeprowadzili już spektakularną ofensywę transferową wymieniając prawie cały skład i wzbudzając aplauz kibiców(Wow, ale „mercato!”) – takie po prostu mieli założenia. Drudzy – jak Legia – stracą zaraz najbardziej wartościowego piłkarza (Ivan Perisić jak nic wyląduje w MU) a kilku starannych wzmocnień kibice nie mogą się doczekać – mimo, że okno transferowe  dopiero w pierwszej kwarcie. ” Zawodnicy, których chcemy są trudni do zdobycia” – powiedział to Walter Sabatini, szef pionu sportowego Nerazzurri, ale równie dobrze mógłby to być cytat, z któregoś z legijnych działaczy.  Inne są koncepcje i potrzeby drużyn i nikt przy zdrowych zmysłach nie kupuje tylko dlatego, że robi to rywal – choćby główny do tytułu.

Odchodzi Pazdan – Jędrzejczyk będzie grał jego miejsce, a w miejsce „najwyższej pensji” sprowadzono na Ł3 Portugalczyka Hidelberto (m.in 22 mecze i 2 gole w Nottingham Forest), który wygląda na silnego chłopa i – jak to zawodnik z bocznej strony boiska – jest podobno okrutnie szybki. Doskonale to rokuje: na jednym skrzydle on i Guilherme a na drugim Hlousek i Nagy – jedyny zawodnik, który zmysłem gry kombinacyjnej nadążał za VOO a w nowym sezonie prezentuje nadal bardzo dobrą dyspozycję – potwierdzoną świetną asystą dla Armando Hadiku w Zabrzu. Tym samym Albańczyk znakomicie wprowadził się do drużyny. O niebo lepiej niż Tomas Necid, który – teoretycznie – cv miał lepsze. W kontekście Legii mówi się jeszcze o Nacer’ze Barazite – a w zasadzie się nie mówi, bo Prezes Mioduski zdementował zainteresowanie tym zawodnikiem, który swego czasu otarł się o Arsenal Londyn (niestety bez występów) czy Derby County (31 spotkań i 2 gole) oraz Austrie Wiedeń ( 12 goli w sezonie) , Monaco (kilkanaście spotkań) i wreszcie 75 spotkań i 25 goli w Utrechcie. „Duże transfery lubią ciszę” mówi stare powiedzenie – ileż to razy Prezes Moratti twierdził przewrotnie, że dany zawodnik go kompletnie nie interesuje, by ten – nawet następnego dnia – w błysku fleszy przymierzał koszulkę Interu…spokojnie czekamy i wierzymy, że będzie dobrze.

Legia w tym okresie, szczególnie potrzebuje naszego wsparcia i troski – osłabiona odejściem kluczowych zawodników oraz działaczy. Nie przepadałem za buńczucznością Bogusława Leśnodorskiego, ale jego „zajawka” dawała Legii element szaleństwa i nieprzewidywalności. Pozostaje nam wierzyć, że pozornie stateczny i korporacyjnie przewidywalny (można powiedzieć nawet, że nudny?) Dariusz Mioduski – będzie się chciał zmierzyć z „legendą poprzednika-wspólnika” i wcale gorzej nie wypadnie. Czego sobie i Państwu życzę, bo nie chcemy, żeby Legia była słabą europejską drużyną. Noblesse Oblige i jak już się weszło na jakiś poziom, to cofać się nie wypada. Zwłaszcza w „wojskowym” klubie 😉

 

Zdjęcie: sport.dziennik.pl

 



Komentarze

komentarze


Góra