Liga krajowa

Legia wygrywa w klasyku. Hamalainen pogrąża Lecha.

PAP / Bartłomiej Zborowski

Sobotni wieczór i hit w Lotto Ekstraklasie. Legia grała z Lechem, sędziował Szymon Marciniak, wydawać się mogło, że polski futbol w największym wydaniu. Nie obyło się bez dramaturgii i emocji, tych pozytywnych, ale i nie tylko.

Spotkanie w pierwszej połowie było wyrównane. Lech starał się atakować głównie za sprawą Macieja Makuszewskiego. W zespole z Poznania aktywny był również Maciej Gajos. Kolejorzowi gra bez nominalnego środkowego napastnika jednak nie służyła. Legia w pierwszej połowie pokazała, że ma bardzo silny środek pola. Odjidja-Ofoe, Thibault Moulin, Tomasz Jodłowiec, a do tego schodzący ze skrzydeł Miro Radović i Guilherme tworzą najmocniejszą linię pomocy w polskiej ekstraklasie. Zespół Jacka Magiery na przestrzeni całego spotkania stworzył sobie dużo więcej sytuacji bramkowych. Najbardziej w brodę pluć sobie może Nemanja Nikolić. Cały czas panujący król strzelców powinien w całym spotkaniu zdobyć co najmniej 3 gole.

Po przerwie zespół z Warszawy został dodatkowo natchnięty do ofensywy przez trenera Magierę. Na boisku w miejsce dobrze grającego Macieja Dąbrowskiego, pojawił się Michał Kucharczyk. Zmiana skrzydłowy za środkowego obrońcę to wyraźny sygnał, że Legia chciała grać o pełną pulę. To właśnie Kucharczyk miał bardzo duży udział przy pierwszym golu dla Legii. On szybko zgrał piłkę do Nikolicia, po błędzie Lasse Nielsena. Nikolić wykorzystał swoją sytuację, strzelając po raz pierwszy 1. października. Ponad godzina gry bez środkowego napastnika to dużo, dlatego trener Nenad Bjelica tuż po strzelonej bramce na boisko wpuścił Marcina Robaka. Siła rażenia Kolejorza miała wzrosnąć. Nie zmieniło to jednak na wiele, Robak 2 razy znalazł się z piłką w polu karnym, jednak ani razu nie był wstanie zagrozić bramce Malarza. Gola zdobył dopiero z rzutu karnego. Michał Kopczyński wprowadzony na boisko na końcówkę zawodów, miał uspokoić środek pola warszawian. Zrobił to na tyle pechowo, że po jego faulu na Makuszewskim, sędzia Marciniak musiał wskazać na wapno. Robak pewnie wykorzystał „jedenastkę”. Wtedy na murawie zawrzało. Wszystko za sprawą krewkich, młodych zawodników Lecha. Mowa o Janie Bednarku i Dawidzie Kownacki. W ich „pyskówkę” z dużo starszym Malarzem wdali się nie tylko koledzy będący na boisku, ale również rezerwowi i członkowie sztabów szkoleniowych. Na boisko wpadli trenerzy, a nawet magazynier Legii…

Najwięcej do powiedzenia miał Jasmin Burić. Rezerwowy bramkarz Lecha obejrzał czerwoną kartkę. Zupełnie słusznie, bo mecz piłkarski pomylił z galą MMA. Po „żółtku” dodatkowo obejrzeli Malarz i Kownacki, a po zamieszaniu na boisku pojawił się Kasper Hamalainen. To był właśnie gwóźdź do trumny Kolejorza. Były zawodnik zespołu z Poznania, niegdyś ulubieniec tamtejszych kibiców, strzela gola na wagę zwycięstwa. Łukasz Broź oddaje strzał, Matus Putnocky odbija piłkę przed siebie, a Hamalainen dobija ją do niestrzeżonej już przez nikogo bramki. Fin był na pozycji spalonej, sędzia liniowy tego nie zauważył. Lech bez wątpienia został skrzywdzony. Jednak taka jest piłka i za to ją kochamy.



[fbcomments]

Góra