Blog Maćka Iwańskiego

Legio pozwól żyć

Czarny czwartek za nami, i to drugi w ciągu wakacji. Trochę dużo, jak na okres urlopowy, ale w końcu chyba nie myśleliście, że jeden sezon Legii Warszawa w Lidze Mistrzów spowoduje, że nasza klubowa piłka pójdzie do przodu? Ja myślałem, a przecież jestem wystarczająco stary, by pamiętać, że to nie działało już w latach dziewięćdziesiątych. Ponad dwadzieścia lat później miało być lepiej, ale jak widać, nauka poszła w Bory Tucholskie. Po środowym, smutnym meczu mistrzów Polski na spacerze z psem zagadnął mnie tzw. dalszy sąsiad. – Panie Maćku, ale ta Astana to chyba z jakiegoś Kazachatana? Nie wyglądał na zagorzałego kibica Legii, a raczej takiego co pogląd wyrabia sobie na podstawie obejrzanego meczu, bo akurat leci w telewizji. I tak na stadion nie pójdzie, chyba, że na mecz reprezentacji. Darowałem sobie więc korektę językową sąsiada i zapewniłem, że musi być lepiej, bo szlachectwo zobowiązuje, etc. Czekałem na mecz w Niecieczy.

Poweekendowa aktualizacja statystyk wygląda tak: Legia na trzy mecze w liczącej siedmiuset mieszkańców miejscowości dostała po głowie trzykrotnie. Dla niektórych to wystarczający powód do kpin, bo kumulacja porażki z piłkarzami z Kazachstanu i Niecieczy w ciągu kilku dni wygląda, jak wygląda. Nikt nie będzie analizował ile pieniędzy (dużo) wydaje się na futbol w FK Astana. Rola „bestia negra” jaką Bruk-Bet Termalica pełni wobec Legii też nie wygląda zbyt poważnie, skoro przed chwilą przy Łazienkowskiej było sześć do koła, jak mawiano zanim wiedziałem, czym jest piłkarskie boisko. Jednym słowem kryzys jak cholera.

Co się stało? Na to pewnie nie ma jednej odpowiedzi, zwalanie winy na zmianę właściciela to idiotyzm. Najprościej napisać, że kasa niezbyt dobrze zapełniona, bo zmiany właścicielskie jak to rozwody, kosztują krocie. Teorii jest mnóstwo, a to trener, a to brak Vadisa, a to pech, a to brak Radovicia. Jedynym, który wygląda jak piłkarz z ubiegłego sezonu jest Arkadiusz Malarz. Tyle, że bramkarz może robić różnicę w zespole, który broni się przed spadkiem, a chyba aż takiego zjazdu legioniści nie zaliczą. Faktem jest, że desperacko potrzebują co najmniej dwóch pomocników i faceta od strzelania goli. Wtedy wszystko się uspokoi.

Poraniona Legia ma jeszcze okazję uratować honor, pieniądze i uciec z chaty, w której dach płonie. Musi wyeliminować mołdawskiego Sheriffa, i to będzie pojedynek niczym w samo południe. Jest w o tyle dobrej sytuacji, że nie przegrała wszystkiego. Co innego Jagiellonia, Lech, a nawet Arka, chociaż gdynianie przynajmniej podbili trochę serc w tym roku. Choć gdy Kolejorz wygrał w Krakowie, był przynajmniej w stanie pokazać jedną, ważną umiejętność: wyrżnąłeś się z hukiem o ziemię, wstań. Idź dalej, to jest futbol. Za chwilę grasz kolejny mecz. No i jednak Lech odpadł w stylu, który w Poznaniu wzbudził pomruk zadowolenia, podobno nie na zasadzie tonący brzytwy się chwyta. Trochę to dziwne, Nenad Bjelica na razie wygrywa mecze, a przegrywa trofea i awanse, ale może w tym też jest jakaś metoda.

Football, bloody hell. Kiedy autor tych słów, sir Alex Ferguson – ten, który cztery lata przegrywał jak leci zanim łącznie zbudował dla MU kilkanaście drużyn które zwyciężyły we wszystkim – przestał na chwilę wygrywać, jedna z telewizji przygotowała film dokumentalny, w którym zarzuciła mu, że wszystkie transfery do Manchesteru United przechodzą przez jego syna. Tak było od lat, ale nikomu wcześniej to nie przeszkadzało. Dopiero, gdy drużyna zaliczyła sezon-wpadkę, zaczęło się polowanie. Skoro kontrast między piłką ligową a reprezentacyjną rok po Euro 2016 wygląda tak groźnie (a przecież piłkarze z Ekstraklasy radzili sobie na ME), to przynajmniej trzeba ratować, co się da. Nie tak dawno Legia w porywającym stylu zremisowała z Realem i pokonała Sporting, teraz ma mecze o honor i „o wszystko” z klubem z Mołdawii. Bywa i tak. Kac po czarnym czwartku jednak jest i tylko Legia może pomóc go, choć częściowo, wyleczyć.

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language