Artykuły i felietony

ME U21: Czas złudzeń. Polska – Szwecja 2:2

Walka? Była. Ambicja? Też. Czego zabrakło? Wszystkiego innego. Od atmosfery w drużynie począwszy na umiejętnościach i organizacji gry kończąc. Ale nasze Orlęta wciąż mają szanse na wyjście z grupy. Tyle tylko, że muszą mocno oglądać się za siebie.

Oj, brutalnie te małe Euro weryfikuje nasze młode gwiazdy. Mleko rozlało się po pierwszym meczu i niespodziewanej porażce ze Słowakami. Krystian Bielik, na spokojnie, czy wręcz na zimno, wyraził niezadowolenie z poziomu treningów i przygotowania drużyny. Zaraz potem Krzysztof Piątek stwierdził, że był „zły i zniesmaczony”, że trener Marcin Dorna nie umieścił go w pierwszym składzie i że „nie rozumie tej decyzji”, tym bardziej, że jest zdrowy – tak, jakby miejsce w jedenastce należało mu się z urzędu. Były dwa rozwiązania tej sytuacji: albo dyscyplinarne zwolnienie wyżej wymienionej dwójki, albo rozmowa wychowawcza w szatni.

Postawiono na to drugie, a obaj zawodnicy publicznie się pokajali. Przynajmniej Bielik, do którego było więcej pretensji. Piątek zaś stwierdził, że to przecież normalne, że ma ambicje gry w pierwszym składzie. W meczu ze Szwedami piłkarzowi Cracovii udało się sprawić, że o jego słowach nikt nie będzie pamiętał. Rozpoczynała się 90 minuta meczu, kiedy długą piłkę w pole karne zagrał do Piątka Paweł Jaroszyński. Napastnik polskiej drużyny (wprowadzony chwilę wcześniej za Pawła Dawidowicza) padł jak długi ściągany do ziemi przez Filipa Dagerstala. Sędzia nie miał wątpliwości – rzut karny dla Polaków i kara w postaci żółtej kartki dla Szweda. Za chwilę „jedenastkę” na bramkę zamienił Dawid Kownacki. Stadion w Lublinie oszalał. Było 2:2. Kilka minut później sędzia odgwizdał koniec meczu.

Wyszarpany remis to było wszystko, na co w poniedziałek wieczorem stać było Polaków. Nasi młodzi piłkarze zaczęli z werwą i animuszem. Jakby koniecznie chcieli przekonać, że w kadrze wszystko jest w porządku. I początek meczu, znów, podobnie jak w meczu ze Słowacją, mieli piorunujący. Już w szóstej minucie na prawej stronie Kownacki wypuścił sobie piłkę, minął na pełnej prędkości Dagerstala i zagrał w pole karne. Tam był niepilnowany Łukasz Moneta, który strzałem z pierwszej piłki pokonał Antona Cajtofta. Było 1:0 i po reakcji piłkarzy widać było, ile ta bramka znaczy dla drużyny. Nasi chcieli iść za ciosem. Chwile po golu Monety doskonałą sytuację miał Stępiński. Ale przegrał wojnę nerwów ze szwedzkim golkiperem. Za moment Jaroszyński świetnie dośrodkowywał w pole karne. Wydawało się, że nadbiegąjący Kownacki ma dużo miejsca i czasu, by porządnie uderzyć głową, ale piłka zamiast w światło bramki, powędrowała w bok.

To było na tyle, jeśli chodzi o dobrą grę Polaków w pierwszej połowie. Od mniej więcej 25 minuty Szwedzi na dobre rozgościli się na połowie „biało-czerwonych”. Do prowadzenia doszli w ciągu pięciu minut: najpierw w 36 minucie Jakuba Wrąbla pokonał Carlom Strindberg, następnie w 41 minucie głową po rzucie rożnym piłkę do siatki skierował Jacob Larsson. W obydwu akcjach uderzała bezradność polskiej obrony. Nikt nie kwapił się do doskoczenia do Szwedów, polscy piłkarze oglądali się na siebie, jakby czekali, kto podejmie decyzje. Na dodatek znów elektryczny był Wrąbel. Przy pierwszym golu mógł po prostu wybić piłkę lepiej, a zamiast tego wydatnie przyczynił się do dobitki Szwedów. Wydaje się, że także przy drugiej bramce mógł zachować się znacznie lepiej.

Po przerwie do ataków znów rzucili się Polacy. Mieliśmy swoje sytuacje: jak strzały Linettego, Kownackiego czy akcja po rzucie rożnym Jarosława Niezgody (wszedł po przerwie za Stępińskiego), któremu przy próbie minięcia szwedzkiego bramkarza w ostatniej chwili piłkę zdjął z nogi obrońca. Ale z przebiegu gry było też jasne, że remis, który w końcu udało się osiągnąć, to najwięcej, na ile stać było „biało-czerwonych” tego wieczoru. Jeśli coś można jeszcze napisać o postawie naszych orląt, to na pewno to, że znowu do każdego z naszych reprezentantów można mieć większe bądź mniejsze pretensje. Nawet do najlepszego z Polaków, czyli Dawida Kownackiego. Młody napadzior Lecha zaliczył wprawdzie bramkę i asystę, ale cieniem na jego ocenie kładzie się postawa w ostatniej akcji meczu. Była już piąta minuta doliczonego czasu gry i Polacy wykonywali rzut wolny w dość dogodnej pozycji. Aż prosiło się o dośrodkowanie ale Kownacki długo kłócił się z Linettym. Wyglądało to tak, jakby lechita sam chciał uderzyć bezpośrednio na bramkę, mimo 30 metrów odległości. W końcu nasi piłkarze wypracowali „kompromis”: Linetty podał krótko do Kownackiego, a ten uderzył bezpośrednio na bramkę. Jego strzał bez trudu zablokowali Szwedzi i sędzia zakończył spotkanie. W ten sposób, rozgrywając chyba najgorszy możliwy wariant, zmarnowano bezcenną szansę na zwycięstwo.

Ile znaczy ostatnia piłka w meczu „na nodze” mogą opowiedzieć młodszym kolegom ich starsi koledzy z pierwszej reprezentacji. W meczu eliminacji Mundialu z Armenią z podobnej odległości, też z rzutu wolnego w ostatniej minucie, na głowę Roberta Lewandowskiego dośrodkowywał Kuba Błaszczykowski. Napastnik Bayernu nie pomylił się i Polacy w nadspodziewanie trudnym meczu odnieśli bezcenne zwycięstwo,

Kownacki i spółka jedynie przedłużyli swoje nadzieje. Muszą wygrać z Anglikami w ostatnim meczu. Nie wystarczy to jednak do awansu. Przy założeniu, że będzie to zwycięstwo jednobramkowe (2:1), w meczu Słowacja-Szwecja musi paść remis, ale nie większy niż 1:1. Czyli szanse wciąż są. Ale jak wyglądają takie kalkulacje przed ostatnim meczem, kiedy jeszcze w piątek myśleliśmy o naszych jako kandydatach do medalu?

 

http://www.polsatsport.pl/film/euro-u-21-polska-szwecja-22-skrot-meczu_6476911/

 

Zdjęcie: polskieradio.pl

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language