Artykuły i felietony

„Mecze, których nie zapomnimy” (odc.6) : hiszpańskie batalie Polaków

Jak wspomniałem w jednej z poprzednich publikacji: „lipiec pachnie mundialem”, a że to ostatnia lipcowa publikacja to nie może nie dotyczyć – wreszcie – jakiegoś polskiego akcentu mundialowego. W oczekiwaniu na siódmy miesiąc 2018 roku, przypominam trzy mecze biało – czerwonych na Mundialu Espana 82: z Peru, Belgią i Francją.To  legendarne potyczki, z którymi nasuwają mi również refleksje związane z dzisiejszą pozycją Polaków w rankingu FIFA.

To były Mistrzostwa Świata pierwszych razów: bez precedensu jeśli chodzi o ilość drużyn (24) – co spowodowane zostało popularnością telewizji (! ciekawie się to piszę 35 lat później) a w półfinale (Niemcy – Francja) po raz pierwszy o końcowym wyniku rozstrzygnął konkurs rzutów karnych.

Polacy jechali na Mundial z wielkimi nadziejami, ale i pod ogromną presją: w kraju od pół roku wprowadzono stan wojenny, nie było więc spokojnie – „serce żelaznej kurtyny” wrzało. Piłkarze od końca eliminacji rozegrali tylko jeden mecz towarzyski ( przegrana z Hiszpanią 2:3) i dyspozycja Orłów była niewiadomą.

W składzie biało – czerwonych było kilku zawodników wybitnych, ich nazwiska budziły grozę u przeciwników. W bramce Józef Młynarczyk (późniejszy zdobywca PE/LM z Porto), Paweł Janas(wyjechał po mistrzostwach do Auxerre), Władysław Żmuda( do Verony), Roman Wójcicki, Stefan Majewski, Andrzej Buncol, Janusz Kupcewicz(rok po mistrzostwach do Saint Etienne, z którego do Juve odszedł Platini) , Zbigniew Boniek w trakcie czempionatu podpisał kontrakt z Juventusem a jedynymi „stranieri” w drużynie byli Grzegorz Lato (Lokeren) i król strzelców ligi francuskiej – Andrzej „Diabeł” Szarmach. To byli zawodnicy, których zazdrościł nam piłkarski świat. Wyjechać na kontrakt do zachodniego klubu było wówczas niezwykle ciężko – chętnych na usługi polskich graczy nie brakowało, ale komunistyczne władze trzymały swoje „skarby” w kraju, zezwoleń udzielano bardziej niż bardzo niechętnie. Kadra składała się wtedy z graczy Widzewa, Legii, Górnika Zabrze, Wisły Kraków: był to przemysłowo-resortowy melanż oraz kilka rodzynków (z Arki,Lechii, Lecha czy Stali Mielec) – dominował jednak element: górniczo-włókienniczy i wojskowo-gwardyjski(milicyjny). Atmosfera musiała być ciężka. Spinała to wszystko klamrą osoba trenera z Górnego Śląska. Antoni Piechniczek miał bardzo mocną pakę – często mówiło się o niej „samograj” – bagatelizując rolę trenera. To umniejszenie w jednym co najmniej przypadku było trafne, ale o tym za chwilę.

Napisałem o tym, żeby spróbować porównać tamtejszych graczy z dzisiejszą kadrą. Zawodnicy Piechniczka to były asy – umiejętności indywidualne mieli na bajecznym poziomie, dużo wyższym niż dzisiejsi reprezentanci ( z kilkoma wyjątkami oczywiście). Oczywiście, piłka się zmieniła, stała się szybsza, ale akurat mogę sobie wyobrazić, że tak wyszkoleni piłkarze mogliby się nauczyć szybciej biegać i podawać 😉 Podobny jest natomiast status potencjału drużyny jako kolektywu. To ostatnie jest jednak wciąż do udowodnienia – na przyszłorocznym Mundialu najlepiej.  Dzisiejszy odcinek poświęcam trzem zwycięskim bataliom, które, doprowadziły Polaków na podium MŚ, do brązu światowego czempionatu: mecze z Peru, Belgią i Francją – dzisiaj to 14-sta, 9-ta i 10-ta drużyna w rankingu FIFA. Jak widzielibyście nasze mecze z takimi przeciwnikami ? Macie pewne wątpliwości? No właśnie….

A tymczasem Polska Kadra w Hiszpanii trafiła na niełatwą grupę: Włosi, Kamerun i Peru to nie były ogórki i pierwsze dwa bezbramkowe remisy zepchnęły naszych na ostatnie miejsce w tabeli. Remisowa była także pierwsza połowa meczu z Peru. Atmosfera napięta do granic możliwości, Boniek zbił w szatni butelkę – ten szał emocji pobudził kolegów i worek z golami się rozwiązał – awansowaliśmy do drugiej rundy, a w niej grupa z ZSRR i Belgią – dzisiaj powiedzielibyśmy: „grupa śmierci”. W drużynie ZSRR „best of the best kraju rad” , „nastajaszczy przodownicy trudu piłkarskiego” – pisze to z przymrużeniem oka, ale bramkarz Dasajew to był wtedy w światowym top 3 swojego fachu (obok Zoffa i Pfaffa) a zawodnicy Demjanienko, Rodjonow czy Błochin – czołowym „towarem eksportowym” – gdyby mogli, bo komunistyczna władza trzymała ich po wschodniej stronie kurtyny. „Sborna” składała się z zawodników Spartaka Moskwa, Dynama Kijów i Dynama Tbilisi – zdobywcy PZP z 1981 roku. Rosjanie, Gruzini i Ukraińcy – melanż dzisiaj nie do wyobrażenia. Szybcy, silni, dobrzy technicznie i zdyscyplinowani – jak widzicie dzisiaj pojedynek RL9 i s-ki z przeciwnikiem o takich cechach? Belgowie też nie wypadli sroce spod ogona. Wspomniany bramkarz Jean Marie Pfaff przeszedł po mistrzostwach do Bayernu, obrońca Eric Gerets grał później w Milanie, Ludo Coeck w Interze a Vercauteren, Van der Elst, Culemans, Vanderbergh czy Czerniatynski to byli bardzo znani gracze – na miarę dzisiejszych gwiazd belgijskiej piłki. A nasi grali z nimi jak równy z równym, ba – zachwycali postawą.

Popatrzcie tylko jak „piłeczka chodzi” : od nogi do nogi, na całej przestrzeni boiska, jak my rozgrywamy akcje, z pomysłem, fantazją, jakie przerzuty, podania piętką czy z pierwszej piłki, strzały z woleja i pod poprzeczkę….naprawdę dzisiaj jesteśmy lepsi? Bezbramkowy remis z „Radzieckimi” oraz 3. gole Zibiego Belgom dały nam awans i wiele radości. W stanie wojennym wyrzucić z mistrzostw „CCCP”? Duża rzecz! Najsłabszy mecz turnieju rozegraliśmy w półfinale z Włochami – z powodu kartek nie zagrał Boniek a Piechniczek – skonfliktowany z zawodnikiem – nie wystawił „Diabła” Szarmacha (jak można było?!), którego Włosi bali się jak ognia. My nie mieliśmy „Diabła” a Włosi mieli Paolo Rossiego, który strzelił nam dwa gole i skazał na walkę z Francuzami. Tych z kolei w drugim półfinale – po raz pierwszy w historii zakończonym w karnych – fizycznie i psychicznie zniszczyli Niemcy. Schumacher dosłownie znokautował Battistona . Tricolores wystawili przeciwko Polakom prawie drugi garnitur, co nie do końca było osłabieniem – gros pierwszego składu była zmęczona turniejem lub wykończona i bardzo mocno poobijana przez Niemców. Nie zagrali m.in Platini, Rochteau, czy Giresse, ale zmiennicy byli „na świeżości” i pod wodzą genialnych Tigany oraz Girarda – wcale nie mniej zdeterminowani by rozstrzygnąć mecz na swoją korzyść.  Wygraliśmy 3:2, ogromna radość i duma, bo popatrzcie tylko na te akcje i bramki…..

Presja psychiczna i zmęczenie fizyczne: w odstępie kilku dni: Kamerun, Włochy, Peru, Belgia, ZSRR, znowu Włosi i Francja. Polska z brązowym medalem. Widzicie taki maraton dzisiaj? Na trybunach transparenty „Solidarności”, TVP przerywająca z ich powodu transmisję, ale tamta kadra jednoczyła – kibicowały jej komunistyczne władze i solidarnościowe podziemię – piłkarze mieli świadomość, że „robią coś dla ludzi” . Przypomniało mi się to w zeszłym roku podczas Euro 2016, kiedy polityka zniknęła z mediów na dobry miesiąc – dzięki „Orłom Nawałki”. Dzisiaj kraj znowu podzielony, na ulicach demonstracje – czy 36 lat po tamtych dniach chwały, na przyszłorocznym Mundialu, w (na dodatek) Rosji , Polska Reprezentacja, piłkarze – znowu „zrobią coś dla ludzi”?

To dalsza przyszłość, bliższa to wtorek 1 Sierpnia – 73.-cia rocznica Powstania Warszawskiego. Wspomnijmy z należną zadumą i szacunkiem naszych Bohaterów. Tych sportowych i tych historycznych – zwłaszcza w dzisiejszych czasach i zwłaszcza wtedy kiedy im idzie gorzej lub o nich cicho.

#PolskaGola

A tak czarowały Orły na Mundialu w Hiszpanii – oby powtórka na boiskach MŚ w Rosji….na Moskwę! (tym razem sportowo – tylko w wymiarze piłkarskim ;))))

Polska – Peru 5:1

 

Polska – Belgia 3:0

 

Polska – Francja 3:2

 



Komentarze

komentarze


Góra