Artykuły i felietony

Mógł zachować się lepiej bo szczęście bramkarza na pstrym koniu jeździ

Przepytując na różne okoliczności autorytety krajowego futbolu, zadaje im jedno stałe pytanie: czym różnią się dzisiejsi kadrowicze od nie mniej utalentowanych graczy, którzy reprezentowali Polskę w minionych latach? Jest jeden wspólny mianownik w odpowiedziach na to pytanie: „dzisiejsi kadrowicze grają w najlepszych klubach”.

Pozwolę sobie sprostować, doprecyzować: w najlepszym klubie gra tylko RL9. Bayern jest Mistrzem Niemiec – klubem najlepszym w Niemczech. Pozostali kadrowicze graja w klubach coraz lepszych, niektórzy – w topowych: jak Glik, Szczęsny czy Piszczek, Milik i Zieliński. Grzegorz Krychowiak jest w szerokim składzie PSG – Mistrzu Francji, ale w nim nie gra… Tym niemniej kontekst jest prawdziwy: nasi reprezentanci grają w najlepszych ligach: La Liga,  Premier League, Serie A, Ligue 1 czy Bundesliga – są obsadzone. Podobnie jak rozgrywki pucharowe na wiosnę. Tego w przeszłości nie było aż w takim wymiarze ilościowo – jakościowym.

Najlepszym dowodem na pierwszoplanowość reprezentantów są bramkarze, a najbardziej reprezentatywną – postać Wojtka Szczęsnego, który gra z sukcesami w drugiej drużynie Serie A, Romie. Rywale do miejsca w reprezentacyjnej bramki strzegą punktowego dorobku 14. i 15. drużyny Premier League bo takie miejsca zajmują Bournemouth Boruca i Swansea Fabiańskiego. Dla ich formy to nieźle, bo bycie pod wiecznym ostrzałem rywali wymusza bycie w formie. Dla ich postrzegania – nieco mniej korzystne. Szczęsny wypada o niebo lepiej.

Jestem kibicem Interu od blisko 35lat, ale oglądając wczorajszy mecz na San Siro, miałem wrażenie, ze „utalentowanym chłopcom z Erasmusa”, przyszło stawić czoła najprawdziwszym Rzymskim Gladiatorom – celowo duże litery, gdyż rzymianie przewyższali mediolańczyków pod każdym względem: siły, determinacji, taktyki i skuteczności. Inter przegrał kolejny mecz w wyniku braku strzałów na bramkę rywali, u których w szeregach był Radja Nainggolan, który nie miał problemów z tym elementem piłkarskiego rzemiosła. W meczu kolejki, na oczach mediów z całego świata oraz celebrytów wszelkiej maści, na stadionie zwanym „La Scalą futbolu” Roma bezczelnie rozbiła gospodarzy w pył, a w jej bramce – niczym posąg (rzymski) stał Wojtek Szczęsny – bramkarz nietuzinkowy. Bezbłędnie ułożona fryzura, której nie nadszarpnęło nawet zderzenie z rozpędzonym Joao Mario, skuteczność i minimalizm w nielicznych interwencjach. Oto jak prezentował się na San Siro golkiper, wciąż niepewny swojej przyszłości i jakże daleki od „awanturniczo-przygodowej” przeszłości. Jako nastolatek, który zaufał Arsene Wengerowi, złamał obydwa nadgarstki wyciskając sztangę. Dał się również złapać francuskiemu szkoleniowcowi z papierosem pod prysznicem (po co? Czy któryś z Was próbował palić w takiej sytuacji? To bezsens!). Gdy prokurował karnego w meczu otwarcia Euro2012 – weryfikował profile kardiologiczne wszystkich Polaków. Podobnie – niefortunną interwencją w meczu otwarcia ME2016, gdy otworzył drogę do turnieju dla Łukasza Fabiańskiego. Ot, osobowość, która przyciąga pewien kaliber zdarzeń…

Gdy przechodził do Romy, wypożyczany z Arsenalu, odetchnąłem z ulgą i nie pomyliłem się. O Szczęsnym jest już głośno tylko z przyczyn stricte sportowych. W obecnym sezonie 11. razy zachował czyste konto, fachowcy chwalą go za refleks, nieprawdopodobne obrony i świetną grę nogami, która jest taktyczną alternatywą na czas gdy kolegom z pola idzie nieco gorzej. Najlepsze drużyny Serie A, to wymarzone miejsce dla niego – miałby czas i okoliczności by zmierzyć się z rekordem Buffona, który nie tracił gola przez 974. ligowe minuty….

Szczęsnemu zdarzyło się puścić głupiego gola w meczu LM z Bate Borysow, ale komu, kto kiedykolwiek stał na bramce, się nie zdarzyło?

W chłopięcym wieku dostałem od Matki Chrzestnej książeczkę niegrubą – tak ją wspominam – właściwie opowiadanie raczej, pt.: „Najchętniej stał na bramce” – rzecz była o wczesnych latach innego Polaka, który potem był w Rzymie lubiany – mowa o Karolu Wojtyle czyli JPII.

Od tamtych czasów, bramkarze mają u mnie mir szczególny i zawsze przypominam, że – wedle wyjściowego ustawienia – golkiper, to jedyny zawodnik, za którym nie ma żadnego z kolegów – ot linia i siatka czyli konieczność mierzenia się z rywalem w samotności. Wiadomo, że nie jest to do końca prawda, bo przed bramkarzem są obrońcy, jest element gry zwany asekuracją, ale czy to zawsze pomaga? Nie. Niepewna gra obrony usztywnia bramkarza, niepotrzebna i nieprzemyślana interwencja kolegi może zmienić naturalny timing akcji i spowodować nieskuteczną interwencję (o golach samobójczych celowo nie wspominam, żeby nie przedłużać). Możesz fruwać między słupkami jak dowolny super-bohater a i tak może dojść do sytuacji gdzie jakiś paradoksalny babol i tak ci za kołnierz wpadnie.

W miniony weekend kontrowersyjne bramki puścili prawie wszyscy: Artur Boruc, Łukasz Fabiański i Skorupski – i choć ich drużyny – w dużej mierze – ich interwencjom zawdzięczają miejsca w tabeli, to o kontrowersji zawsze będzie głośno. Dlaczego? Bo media mówią i piszą o wynikach, a o fantastycznych paradach i uratowanych punktach musimy pamiętać my – kibice.

W kraju trwa kolejna burza nad odpadnięciem Legii z Ligi Europy, a z wyjątkową pieczołowitością pastwią się wszyscy nad bramkarzem Legii, który – troszkę na przekór wykonywanej profesji – nosi nazwisko Malarz. Osobiście nie jestem jego wielkim fanem, gdyż uważam, że jego CV jest nie na miarę tradycji legijnych golkiperów. To jednak problem działaczy a nie Pana Arka. Jako, że wspomniałem wyżej o specjalnym poważaniu dla jego zawodu, to sam osobiście na swoim fb-profilu odszczekiwałem krytykę jego osoby. Zrobiłem to po spotkaniu z Ajaxem w Warszawie. Zagrał świetny mecz a nieuznana przez sędziego bramka nijak nie obciąża jego konta. Primo: ta interwencja była cudna i trudna, świadcząca o świetnym „gorsecie mięśniowym” i równie znakomitym refleksie. Strzał był z 5. metrów, z woleja, mocny – warszawski kiper uwinął się jak najprawdziwszy kocur, żeby wyłapać tę piłkę i w tamtej chwili wierzę, że nie wiedział gdzie z nią był. Zaraz potem to co innego, ale skoro nie gwizdnął sędzia to i nie było potrzeby potwierdzać tego co wszyscy widzieli na technicznie zaawansowanych powtórkach. Secundo: Drodzy Państwo – nie mylmy piłki nożnej z rugby. Futbol to gra dla dżentelmenów, w której graja brutalni cwaniacy – chyba wszyscy znają to stare powiedzenie? Potwierdzają to takie elementy gry jak: faul, błąd sędziego czy nurkowanie w poszukiwaniu karnego oraz niezliczone kiwki ośmieszające czasem rywala – gros elementów o których pisze to składowe meczów, które pozostają bez reakcji arbitrów. Ergo : piłka nożna to gra dla spryciarzy.

Z uśmiechem pod nosem czytam przedmiotowe wypowiedzi dawnych gwiazd bramki. Świetny niegdyś Jacek Kazimierski: Malarz popełnił błąd! Zdobywca PE z Porto Józef Młynarczyk – wykazuje się „pytyjską” wręcz dyplomacją: „Ryzykowna teza, by z całą stanowczością powiedzieć, że zawalił tę bramkę. Ryzykowna, bo trudno powiedzieć, na ile był to trudny strzał. Oglądając powtórki, wydaje mi się, że Arek w tej sytuacji zrobił wszystko, na co tylko go stać. Na umiejętności, które posiada, była to interwencja akurat. Myślę, że lepiej w tej sytuacji nie mógł się zachować. Dlatego ja bym go nie winił.” – czyli nie wini kolegi po fachu, ale jednak wskazuje na element umiejętności jako determinujący skuteczność interwencji 😉

Osobiście sądzę, że futbolowa semantyka wygenerowała określenie, jak ulał pasujące do sytuacji, które w całości wypełnia kryteria sprawiedliwego opisu występ , i daje bramkarzowi żyć – jednocześnie. W większości sytuacji można powiedzieć, że „mógł się zachować lepiej”- mógł złapać, inaczej sparować, albo zostać zaasekurowanym przez Łukasza Brozia, bo to zawodnik spod jego opieki znalazł się tam, gdzie go być nie powinno i skutecznie dobił, niefortunnie wybitą przez Malarza, piłkę.

Nie „kupuję” również prób tłumaczenia Arkadiusza Malarza: „Pucharowy etos Legii to etos Malarza” – nadmiar życzliwości i niezasadne sportowo, bo w piłce nożnej wygrywa się i przegrywa jako zespół. Przegrywa się nie tylko dlatego, że bramkarz puścił 2 czy 3 gole, tylko dlatego też, że zawodnicy z pola nie strzelili ich o jednego więcej niż rywale.

Wspomniałem o moim krytycznym podejściu do tego faceta z charakterem. Nie daje sobie w kaszę dmuchać, to on gromkim „Tak być nie może Panowie!Jesteśmy k..wa Legia!” próbował wstrząsnąć szatnią gdy drużynie nie szło. Za to należą mu się – bezwzględnie – słowa uznania. Ale też przypisywanie mu awansu do LM? Za 14. kluczowych interwencji z Trencinem i 6. z Dundalk? On ze swoim zawodowym curriculum takie zespoły powinien zatrzymywać w pojedynkę i to zrobił – koniec tematu, zrobił swoja robotę. Skoda Xanthi, 11. meczów w barwach Panathinaikosu, jakieś drużyny na Cyprze i kolejni przeciętniacy w Grecji plus 2. sezony w GKS Bełchatów. Nie jest moim celem pastwienie się nad facetem, ale wiemy, że w Legii występowali lepsi bramkarze. I każdy z nich również miał okazję by zaprezentować się lepiej…

Popatrzcie jak wredny potrafi być los bramkarza, na podstawie babola jakiego sobie wrzucił – w ostatniej kolejce ligowej – golkiper PSV.



[fbcomments]

Góra