Blog Maćka Iwańskiego

Nie VARto czekać, czyli jak przychodzi piłkarskie zbawienie

Nauczyłem się w życiu, że na dobre rzeczy warto poczekać. Odkąd jednak świadomie trafiłem na pierwszy mecz piłkarski, czyli w 1992 roku, widziałem dziesiątki, jeśli nie więcej, meczów wypaczonych. Część z nich była ordynarnie przekręcona, co wyszło po latach. I nagle rewolucja technologiczna przynosi rozwiązanie, z którego nie możemy nie skorzystać. Jestem przekonany, że wprowadzenie weryfikacji wideo jest punktem zwrotnym dla futbolu.

Czas na prosty test. Zamknijcie oczy i pomyślcie o najbardziej ordynarnym numerze, jaki widzieliście w ważnym meczu. Półfinał Ligi Mistrzów 2009 i nieodgwizdane karne dla Chelsea w meczu z Barceloną? Ręka Thierry’ego Henry w barażach o wyjazd do RPA na Mundial 2010? Holowanie Korei południowej kosztem Hiszpanii i Włoch w 2002 roku? Jeśli jesteście dość starzy, możecie pomyśleć o ręce Jana Furtoka w zwycięskim 1:0 meczu Polski z San Marino. Jeśli macie powyżej czterdziestki, to musicie dobrze kojarzyć najbardziej paradoksalny mecz Diego Maradony. W jednym spotkaniu na MŚ 1986, przeciw Anglii, zdobył zapierającą dech w piersi bramkę po słynnym rajdzie oraz zdobywając ją po raz drugi, haniebnie wepchnął piłkę do siatki ręką. O finale 1966 nie wspominam, bo znamy tylko urywek z golem Hursta, choć ostatnio trafiłem na Izbie Przyjęć szpitala dziecięcego na prawie 90-letnią panią profesor, która nie tylko używała komputera, ale i poruszała się po internecie. Mogłaby to pamiętać.

Być może przyszło Wam do głowy inne wydarzenie. Teraz wyobraźcie sobie, że go nie było, historia potoczyła się inaczej. Sędzia, nawet jeśli został przekupiony, niedysponowany, źle wyznaczony – bo był zbyt słaby psychicznie, nie mógł wypaczyć wyniku. Pięknie, prawda? To nie myślenie życzeniowe, to rzeczywistość. Udowodnił to mecz Francji z Hiszpanią. Gdyby nie system wideoweryfikacji, skończyłby się 1:1, było 0:2. Wszelacy przeciwnicy systemu VAR stracili jakiekolwiek argumenty.

W styczniu byłem na Mundialu piłkarzy ręcznych we Francji. W hali XXL w Nantes pracował nasz rodak, który dokładnie pokazał mi działanie systemu. Jest perfekcyjny. W dziewięciu wyliczonych przypadkach sędzia przerywa mecz na chwilę i po konsultacji podejmuje właściwą decyzję. W jednym spotkaniu zdarzyło się tak czterokrotnie. I co? I nic, zarówno zespoły, jak i sędziowie byli zadowoleni. Zmniejsza się presja, napięcie, gdy wiadomo, że jest aż tak pomocne narzędzie. VAR nie zaburzy rytmu meczu, bo i tak efektywny czas gry to od 55 do 60 minut. Czyli pół godziny i tak tracimy na różne, chwilowe przerwy i zaburzenia rytmu. Korzysta z niego tylko sędzia, nikt inny i tak być powinno.

Z dużym zdziwieniem przeczytałem, że Michał Listkiewicz, dziś szef czeskich arbitrów, system krytykuje. Lubię człowieka, bo w grudniu 2003 roku, gdy na Letnej komentowałem mecz Sparty Praga z Lazio Rzym, było minus dziesięć. Stanowiska telewizyjne były otwarte. Komentator ma w takiej sytuacji dużo gorzej od kibica. Nie możesz się specjalnie ruszać, miejsca jest mało, za to dużo warstw na sobie, tkwisz tak przez dwie godziny. Na szczęście mecz był dobry, a ja dostałem termos kawy od Listkiewicza, który był delegatem UEFA. Co prawda zaczęło się od propozycji czegoś mocniejszego, ale – mimo, że niektórzy podejrzewają, że jest inaczej – zapewniam, że meczów nie komentuje się po używkach. Jeśli palniesz coś, to raczej z emocji.

Listkiewicz mówił o nierównych szansach, o „futbolu dwóch prędkości”. Że ten z wideoweryfikacją będzie sztuczny, odległy od korzeni. Aha. Tylko, że gdy konstruowano przepisy, po ulicach Londynu jeździły konne bryczki i nie było jeszcze takiego wynalazku jak miejska kanalizacja. Dziś piłkarze to atleci i bogacze, kluby są markami ponadnarodowymi, trening, przygotowanie fizyczne, mentalne jest lepsze niż uczestników wypraw w kosmos. To jedna prędkość. Siódma liga to inna bajka i tak już jest od dawna. Tylko sędzia dalej jest skazany na własne oko i… ucho, bo gra jest tak szybka, że asystenci często zdają się na słuch by ocenić moment podania. Arbitrom trzeba pomóc. No chyba, że nie chodzi o „romantyzm”, a możliwość wpływu na grę. Kontroli, z takich czy innych względów.

Futbol kosztuje krocie i każdy gwizdek może decydować o milionach. O chwale jednej drużyny lub reprezentacji, klęsce kogoś innego. O losie trenerów, piłkarzy i całej armii ludzi, włącznie z kibicami. W tej sytuacji koszt systemu wydaje się mały. Przedstawiciel najbardziej znanej firmy na polskim rynku szacuje, że przy umowie na cały sezon cenę dałoby się zbić do około 10 tysięcy złotych za mecz. Zakładając, że każdy klub Lotto Ekstraklasy ponosiłby połowę kosztów, daje nam to pięć tysięcy „na łebka”. Kolejek jest trzydzieści siedem. Czyli 185 tysięcy złotych. Można to przerzucić – choćby częściowo – na kibica, dokładając złotówkę do każdego biletu w sezonie (nie dotyczy Niecieczy, ale tam nie ma problemów z pieniędzmi). Można zrezygnować z jednego przeciętnego zawodnika, ponegocjować, poszukać tej wcale nie zawrotnej w najwyższej lidze sumy. Można zastanowić się, czy na rynku nie znalazłby się sponsor, który za trzy miliony złotych będzie tym, który dba o czystość gry i wyeliminowanie pomyłek sędziowskich. Rozwiązania istnieją.

Wiarygodność futbolu jest kluczowa dla jego rozwoju. Piłka jest wszechobecna. Wszystkich meczów z telewizji nie da się już skonsumować, wielu wspomina już o przesycie. Wszystko jest skomercjalizowane do bólu. System wideoweryfikacji to szansa na rozwój w nieoczekiwaną stronę. To możliwość, byśmy skupiali się li tylko na kiwaniu w wykonaniu piłkarzy, a nie nieudolnych (oby tylko) sędziów. VARto.

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language