Artykuły i felietony

Obraz nędzy i rozpaczy

„Czasem to już naprawdę brakuje słów” – stwierdził komentujący spotkanie Jacek Laskowski, po straconej przez Legię bramce na 1:2 z Dudelange. Nic dodać, nic ująć, naprawdę.

Najłatwiejsze zadanie w III rundzie eliminacji do Ligi Europy miała właśnie Legia Warszawa. Ograć u siebie Mistrza Luksemburga brzmi jak bułka z masłem. Nawet Red-Bull Salzburg, który w sezonie 2012/13 w eliminacjach do Ligi Mistrzów z Dudelange odpadł, wygrał mecz u siebie z klubikiem z tego małego państewka. Jednak gdzie każdy sobie radzi, tam Legia polegnie. Nie inaczej było wczoraj. Poza Arkiem Malarzem na boisku nie było ani jednego zawodnika, który pokazałby choć trochę ambicji. Wszyscy przeszli koło meczu. Wynik 1:2 to najniższy wymiar kary, bo Dudelange miało swoje okazje na podwyższenie tego rezultatu. Honorową bramkę zbieranina ze stolicy zdobyła po katastrofalnym błędzie całego bloku defensywnego luksemburczyków. Innych błędów przeciwników warszawska ekipa z przypadku nie była w stanie wykorzystać.

Nie wiem, w czym miało pomóc wprowadzenie w końcówce spotkania Mateusza Hołowni za Carlitosa. Obrońca za napastnika przy wyniku 1:2? Ja rozumiem, że nie wyciągnięto żadnych wniosków po zeszłorocznym meczu z Sheriffem i czerwonej kartce w 1.połowie Pazdana, dlatego wczoraj czerwień w 1.połowie obejrzał Astiz, ale bronienie porażki u siebie z zespołem z Luksemburga(sic!)? Skoro robimy sobie jaja, to czemu nie dano pohasać w ataku Radkowi Cierzniakowi? Gorzej niż Kante by na pewno nie wypadł.

Pastwienie się nad Aco Vukoviciem to kopanie leżącego. Czwartkowe spotkanie pokazało, jak mocno się facet ośmieszył na przedmeczowej konferencji w środę. I jeszcze szpileczka od Michała Kucharczyka, który po przegranym pojedynku z Dudelange powiedział o podziale drużyny coś zupełnie innego od opiekuna Legii. Słusznie krytykował taktykę 3-5-2, której zawodnicy mają ewidentnie dosyć, choć takie wypowiedzi w mediach nie powinny się pojawiać. To tylko pokazuje, w jak głębokim kryzysie tkwi Legia.

Szkoda mi kibiców z Łazienkowskiej. Mimo beznadziejnej dyspozycji Legii przyszli oni na stadion i dopingowali swoją drużynę. Co dostali w zamian? Z oczu tej bandy przypadkowych kopaczy aż biło stwierdzenie: „No i co frajerzy? Zapłaciliście za bilety, dopingujecie nas, a my mamy was gdzieś!”. Kibice „Wojskowych” naprawdę nie zasłużyli na takie traktowanie. Tym razem prezes Mioduski powinien stanąć murem za fanami. On jednak będzie bronił swojego „długofalowego planu” i wciskał im ciemnotę, że zawodnicy są dobrzy, tylko potrzeba czasu. Nie, nie potrzeba czasu. Potrzeba natychmiast Leszka Ojrzyńskiego, bo żaden lepszy trener nie zgodzi się na wyciągnięcie Legii z bagna, w jakie wprowadzili ją panowie Mioduski, Jozak i Klafurić. A teraz jeszcze głębiej w to bagno wciąga ją Vuković. Choć i Ojrzyński nie zagwarantuje w tym momencie ugaszenia tego pożaru, bo gracze nie zostali przygotowani do sezonu przez Deana Klafuricia i trudno powiedzieć, co teraz można zrobić. Zupełnie inną kwestią jest fakt, że co najmniej połowa kopaczy, których wczoraj oglądaliśmy, nie nadaje się do gry w klubie takim, jak Legia.

Dość już o Legii. Pozostałych drużyn aż tak piętnować nie trzeba, bo aż tak wielkiego wstydu nie przyniosły, co nie zmienia faktu, że chwalić ich też nie ma za co.

Lech po słabiutkim wyjazdowym meczu przegrał z Genk 0:2 i może dziękować niebiosom za taki rezultat, bo belgijski zespół przeważał przez całe spotkanie. Kilkukrotnie świetnymi interwencjami ratował „Kolejorza” Burić, kilkukrotnie bardzo dobrze strzały napastników gospodarzy blokowali wślizgami obrońcy, pomogły też słupek i poprzeczka. O straconych bramkach zaważyły błędy w defensywie – przy pierwszej Lechici zostawili zbyt wiele miejsca w polu karnym Malinovskyemu, natomiast drugi gol to bierne zachowanie Orłowskiego przy kryciu Samaty; reprezentant Tanzanii bez żadnych przeszkód wyskoczył do dośrodkowanej piłki i głową skierował ją do bramki Buricia.

Niekorzystny wynik z silnym belgijskim zespołem był do przewidzenia, jednak Ivan Djurdjević w trakcie spotkania podejmował dziwne i nietrafione decyzje personalne, których nie da się wytłumaczyć. Stawianie na 24-letniego Orłowskiego, który co mecz popełnia błędy ustawiające rezultaty spotkań, jest nieporozumieniem. Rozumiałbym, gdyby ten gość miał 17 czy 18 lat, ale ma 24 i obecnie jego miejsce jest w II lidze, gdyż taki prezentuje poziom. Nie przeczę, że zaliczy on kilka przyzwoitych występów w Lotto Ekstraklasie za kilka lat, jeżeli oczywiście będzie ciężko pracował, ale niech nie ogrywa się w Lidze Europy – za stary jest już na to. Jeszcze bardziej kuriozalną decyzją jest brak występu Amarala w tym spotkaniu. Już zostawienie go na ławce kosztem będącego bez formy Jevticia było osłabieniem drużyny, ale wprowadzenie nieskutecznego Tomczyka zamiast Portugalczyka było strzałem w kolano. 20-letni napastnik nie zawiódł Djuki i zaprezentował się równie beznadziejnie, jak we wcześniejszych meczach Lecha, spędzając na boisku bezproduktywne 20 minut.

W perspektywie dwumeczu ten wynik jest zły, ale nie beznadziejny. Bramka zdobyta przez „Kolejorza” na wyjeździe dałaby nadzieję, natomiast przy 0:2 trzeba będzie w Poznaniu zagrać bardzo uważnie w defensywie i liczyć na dobrą skuteczność. Druga, bardziej optymalna i realistyczna opcja, to postawienie wszystkiego na jedną, ofensywną kartę i nie zważanie na stratę gola, który realnie rzecz biorąc i tak wcześniej czy później wpadnie (jeżeli Lech nie zagra na 0:0 i zdecyduje się zaatakować). Tylko czy poznaniacy są w stanie strzelić Genkowi 4-5 bramek? Szczerze w to wątpię, ale lepsze podjęcie próby, niż bezbramkowy remis.

Na koniec światełko w tunelu, jakim był występ Jagiellonii. Zespół z Podlasia zagrał naprawdę przyzwoite zawody przed własną publicznością, tylko co z tego, skoro jedynego gola w tym spotkaniu strzelił Gent. Belgowie wykorzystali niecierpliwość Jagi, która w końcówce koniecznie chciała zdobyć bramkę i grała bardzo wysoko. Spowodowało to fatalny błąd obrony w ustawieniu i dobrze wyprowadzony kontratak przez gości wystarczył, by uciszyć trybuny w Białymstoku.

Nie zmienia to faktu, że gospodarze stworzyli sobie więcej sytuacji podbramkowych, brakowało jedynie wykończenia. Ponadto strzałów z dystansu, bo bramkarz gospodarzy, Colin Coosemans, miał w czwartkowy wieczór ewidentne problemy z chwytaniem piłki, którą raz po raz wypluwał. I oczywiście trochę szczęścia, bo gdy piłka już zmierzała do pustej bramki, to słabiutkiego bramkarza zawsze asekurował obrońca. Jeżeli te aspekty zostaną przez tydzień poprawione, to Jagiellonia nie pojedzie do Belgii na pożarcie. Tym bardziej, że trener Ireneusz Mamrot to myślący człowiek i wie, że po 0:1 u siebie, na wyjeździe nie ma nic do stracenia i należy zaatakować. A kim straszyć Gent jest. Świderski, Bezjak, Machaj, Frankowski. Z pewnością drugiego tak słabego meczu jak wczoraj nie rozegra również Sheridan, który był kompletnie niewidoczny na boisku.

Ze wszystkich trzech drużyn największe szanse daję więc białostoczanom. No chyba, że w Legii dojdzie do zmiany opiekuna zespołu na sensownego szkoleniowca, bo Dudelange to zespół z dużo niższej półki, niż Genk czy Gent. Bardziej jednak wierzę w cuda, niż w trafne decyzje prezesa Mioduskiego, choć może ten człowiek się wreszcie przebudzi. Może zadziała widmo ultrakompromitacji w pucharach, największej w ponad stuletniej historii klubu?

Kacper Krzeczewski

fot: gettiimages



[fbcomments]

Góra