Artykuły i felietony

Piękna przygoda Stevena Gerrarda z futbolem dobiegła końca

foto: twitter.com/EFIA12

Steven Gerrard zakończył sportową karierę. Jedna z ikon Liverpoolu, która zdefiniowała współczesną erę The Reds zawiesiła piłkarskie buty na kołku.

– Po ostatnich spekulacjach mediów odnośnie mojej przyszłości mogę potwierdzić, że kończę przygodę z profesjonalnym futbolem – napisał w oświadczeniu 36-letni pomocnik. – Miałem niesamowitą karierę. Jestem wdzięczny za każdy moment w Liverpoolu, reprezentacji Anglii, czy Los Angeles Galaxy.

Gerrard w klubowej piłce osiągnął niemal wszystko. 19 lat gry, 850 występów, 212 goli, 138 asysty i 9 trofeów. Do pełni szczęścia zabrakło pomocnikowi mistrzostwa Anglii, którego Liverpool nie wygrał od 1990 roku.

36-latek najbliżej tryumfu był w 2014 roku, gdy The Reds skończyli tuż za Manchesterem City. Jeszcze na trzy kolejki przed końcem rozgrywek, drużyna z Anfield Road była na czele tabeli. Wtedy przyszedł niefortunny mecz z Chelsea, w którym drużyna Gerrarda przegrała 0:2, a jedna z bramek padła po katastrofalnym błędzie angielskiego pomocnika. Kapitan The Reds poślizgnął się przy podaniu kolegi z drużyny i piłkę przejął Demba Ba, który wyszedł sam na sam z bramkarzem Liverpoolu i strzelił pierwszego gola. Ta sytuacja była także o tyle niefortunna, że dwa tygodnie wcześniej, Gerrard po zwycięstwie z ostatecznym mistrzem Anglii, Manchesterem City, zebrał po meczu drużynę i wygłosił mobilizującą mowę, w której dał jasno do zrozumienia: „żadnych potknięć”.

Nikomu tak nie zależało na sukcesie jak właśnie jemu… Po tym meczu legenda Liverpoolu nie mogła przestać płakać, o czym Gerrard wspomniał w swojej autobiografii: „Siedziałem z tyłu samochodu, a łzy płynęły po mojej twarzy. Nie płakałem od lat, ale wracając do domu, nie mogłem przesać. Czułem się pusty w środku, jakbym stracił kogoś z rodziny, jakby 25 lat klubu uleciało w powietrzę”.

Kariera Gerrarda na Anfield została zdefiniowana przez prawdopodobnie najbardziej niesamowity finał w historii Ligi Mistrzów w 2005 roku. Liverpool do przerwy przegrywał 0:3 z Milanem i nic nie wskazywało, by angielska drużyna miała odbrobić straty. Jednak w 54. minucie pierwszą bramkę dla The Reds zdobył właśnie kapitan Liverpoolu. „W normalnych okolicznościach pomyślałbym, że kara została już wymierzona i to tylko jeden niewiele znaczący gol” – napisał w książce „The Anatomy of Liverpool” Jonathan Wilson. „Lecz to pod żadnym pozorem nie były normalne okoliczności. Coś dziwnego zadziało się w dokładnie tym momencie. Odwróciłem się do dziennikarza Standardu i powiedziałem: Liverpool to jeszcze wygra”.

I dokładnie tak się stało.

W następnych sześciu minutach The Reds zdobyli dwie kolejne bramki i ostatecznie po horrorze rzutów karnych zgarnęli swój piąty puchar Ligi Mistrzów. „Jednocześnie coś niesamowitego i przewidywalnego nastąpiło w czasie, gdy Anglicy odrabiali straty” – pisał Wilson. Kapitan, lokalny bohater, gwiazda drużyny, ten, który wetchnął nadzieję w zespół i miał wykonać decydującą jedenastkę – Steven Gerrard wspiął Liverpool na szczyt europejskiego futbolu.

Niewiele brakowało, a po historycznym sukcesie kariera lokalnego bohatera dobiegłaby końca w Liverpoolu. Po gwiazdę drużyny zgłosiła się Chelsea, która oferowała za Gerrarda 32 miliony funtów. Nawet sam zawodnik zażądał transferu, choć jak po kilku latach stwierdził „chciał tylko zostać doceniony przez klub z Anfield”. Całe zamieszanie skończyło się pomyślnie dla The Reds. Ryzykowna taktyka Gerrarda przyniosła skutek. Angielski pomocnik dał do zrozumienia zarządowi drużyny, że jednak chce zostać, co zaowocowało nowym kontraktem wartym 100 000 funtów tygodniowo.

Jamie Carragher powiedział po tym incydencie dla „The Guardian”, że „jeden tytuł wywalczony dla Liverpoolu będzie znaczył więcej niż trzy, czy cztery dla Chelsea – niezależnie ile czasu miałoby to zająć. Gerrard w końcu to zrozumiał”. I choć nigdy się o tym nie przekonał, to pewnie i tak nie żałuje.



[fbcomments]

Góra