Felietony Gabriela Michalika

Piłkarze to jeszcze czy już celebryci?

Aranżowane związki z topmodelkami, dopisywane przez piarowców kawałki życiorysu, inscenizowane sesje zdjęciowe „z ukrycia”; ruchy, gesty i grymasy twarzy na boisku konsultowane przez specjalistów od wizerunku – wszystko to staje się z roku na rok dominującym elementem kariery zawodnika. Czy w walce o pozycję w obiegu kultury masowej zostaje jeszcze czas i miejsce na umiejętność gry w piłkę?

Pożyteczne kłamstwo szlachetności
W czasach, kiedy kiełbasa była smaczna, nasza reprezentacja narodowa rządziła na stadionach, a my nawet nie zdążyliśmy jeszcze być piękni i młodzi, albowiem na takich dopiero się zapowiadaliśmy, sportowiec, a więc człowiek, który przezwyciężył cielesne ograniczenia; siłą ducha uwznioślił kruchość materii i charakter swój zbudował na kształt stali, stawał się postacią wzorotwórczą. Przemawiał z patosem, a gdy nie umiał z patosem, albo w ogóle się jąkał, zawsze miał patetycznego Włodzimierza Szaranowicza et consortes, którzy wznosili sportowy wyczyn na takie wyżyny patosu, na których każdy mieć będzie zawroty głowy (stąd efektowne bon moty komentatorów).
Świat był czysty i szlachetny, dobro nie musiało walczyć o swoje miejsce, gdyż zło, jako mniej atrakcyjne towarzysko, kryło się po kątach pospołu z chciwością, rują i poróbstwem.
W istocie, świata takiego, rzecz jasna, nie było nigdy. Ani tej kiełbasy, ani też wyraźnej, powszednio namacalnej, linii granicznej między złem a dobrem. Coś jednak było inaczej. Nachalna, często purytańsko świętoszkowata propaganda postaw szlachetnych, określonego ideału sportowca, znamionowanego takimi cechami jak wspomniana siła charakteru, ofiarność i etyczna czystość. I różnica z dzisiejszymi czasami nie w tym się zawiera, że kiedyś to wszyscy byli znacznie bardziej zacni, bo pewnie i nie byli, ale w tym, że do pewnej zacności wzywano. Przez ostatnie ćwierć wieku zaszła istotna zmiana. Wzywa się już nie do zacności, tylko do udziału w największym kretyństwie naszej ery, to jest do tańców (z gwiazdami) na parkiecie kultury masowej. Sportowców wciągnięto w machinę celebryckości, i postawiono przed nimi nowe zadania, w istocie sprzeczne z tym, czego od człowieka wymaga uprawianie dowolnej dyscypliny sportu. Wszak żeby być w czymś dobrym, musisz zapanować nad sobą, żeby zaś być udanym celebrytą, przeciwnie: musisz popuścić wodze wszystkim swoim słabościom, począwszy od próżności, poprzez egoizm, nieodpowiedzialność i głupotę, skończywszy na lubieżności wykraczającej poza granice nie tylko dobrego smaku, ale nawet higieny psychicznej.
Piłkarze mają fajne dziewczyny , romanse z opiekunkami swoich psów (Courtois), kłopoty z kręgosłupem moralnym gdy przyjdzie wziąć odpowiedzialność za dziecko dotkliwie trafione piłką kopniętą podczas zabawy w parku w miejscu gdzie kopać jej nie wolno (Fabregas). Zdarza im się tez porzucić żonę w zaawansowanej ciąży w Wigilię Bożego Narodzenia, komunikując jej to esemesem (Cavani). Tabloidy napędzane są rozstaniami, pijackimi eskapadami, wulgarnymi awanturami, więc aby utrzymać się na fali, trzeba czasem co nieco wrzucić do pieca.

Pieszczoty masowej wyobraźni
W rewelacyjnym filmie Woody’ego Allena „Celebrity” staruszka nie może zrozumieć, dlaczego pewnego, niczym nie wyróżniającego się pana, jej krewni uważają za znakomitość a spotkanie z nim to dla nich więcej niż złapanie Pana Boga za – nie przymierzając – piętę.
– Jak to?! Przecież był w samolocie, który porwali terroryści – tłumaczą krewni.
– Porwali i wypuścili. A cóż to za bohaterstwo?! – wzrusza ramionami stara kobieta.
Omawiany celebryta rzecz jasna nie dlatego jest towarzyską atrakcją, że ktoś go porwał, ale dlatego, że po oswobodzeniu przetoczył się po ekranach telewizorów i szpaltach gazet. Pretekst do sławy z czasem stracił znaczenie, ale sama sława pozostała ważnym, choć niezbyt trwałym kapitałem. Z czasem z obiegu wypchną tego pana następni „znani z tego, że są znani”. Jeśli nasz bohater ma stalową psychikę, będzie żył dalej, jak gdyby nigdy nic. Bardziej jednak prawdopodobne, że aż do śmierci nie wróci do zwykłej formy, a punktem odniesienia dla całego jego życia pozostanie owe pięć minut sławy.
Obserwując tych moich znajomych, którzy dorobili się statusu celebrytów, ludzi zwykle poczciwych, a wcześniej, przed zdobyciem pozycji pieszczochów masowej wyobraźni, czasem wręcz wybitnych w dziedzinach, którymi się zajmowali – w medycynie, w nauce, w kulturystyce, w sztuce kulinarnej czy w filologii, dostrzegam, że w miarę stawania się celebrytą, sam pierwotny tytuł do sławy niejako eroduje. Sławny psychiatra więcej patrzy w kamerę niż w dusze pacjentów; uczona po raz enty przerabia na „nowe publikacje” swoją dysertację sprzed ćwierćwiecza; kulturysta żłopie piwo i wciąga kokę w towarzystwie lasencji podejrzanej konduity, prócz chronicznego kataru dorobił się już nawet piwnego brzuszka; kucharz całkiem zaprzestał gotowania i między kolejnymi występami w mediach żywi się zupami w proszku; filolog tak się zapuścił, że ostatnio był gotów „wziąść” mnie ze sobą na jakiś spęd celebrytów i nawet się nie zaczerwienił, gdy mu wytknąłem, że bezokolicznik ten w pierwszej osobie liczby pojedynczej czasu przyszłego brzmieć chyba musi „weznę”.
Jeszcze gorzej, jeśli – a to częstsze – człowiek staje się celeberytą na skutek przypadku, nie w uznaniu zasług i kompetencji, gdyż tych brakuje (przypadek z przywołanego filmu). Wówczas już nawet nie ma tej skromnej rezerwy na przyszłość, jaką jest umiejętność robienia dobrze czegokolwiek, za oś życia zostaje mu już sama celebryckość.
Jest to najkrócej mówiąc ludzki upadek. Celebrycka sława karmi się krwią serdeczną celebryty i zżera wszystko to, co kiedyś dało szansę jej zdobycia. W zjawisku tym można dostrzec analogie do alkoholizmu czy narkomanii (btw – niejednokrotnie współwystępujących z nim): status celebryty: oszałamia nieustannymi wyrzutami endorfiny, przynosi gwałtowny wzrost poczucia własnej wartości, afirmowanej rozpoznawalnością i ciągłymi dowodami niezwykłości celebryty, które nieszczęśnik otrzymuje od przechodniów, kelnerów, taksówkarzy, przedszkolanek w przedszkolu, dokąd prowadza dzieci, a choćby i od okazjonalnych sąsiadów w ustępie na lotnisku.
– Patrz, kurde, kto tam sika! Ja pierniczę! Normalnie, to jest ten, no, ten z tego… Ten! – woła ktoś do kogoś, nigdy nie wprost do celebryty, ale na tyle głośno, że celebryta słyszy i puchnie w dumie, że taki sławny; a całkiem przy tym nie zwraca uwagi, że dla komentatora jest niczym więcej niż hologramem 3d pozbawionym w zasadzie podmiotowości, a w każdym razie – zdolności słyszenia komentarza.
Wznosi się ponad ziemię na wysokość kilku metrów i na podobieństwo półboga z pomnika łowi łakome spojrzenia reszty ludzkości. Jest to stan kompletnej utraty kontaktu z rzeczywistością. W nim to człowiek nie ma szansy na korygowanie własnych błędów. Non stop uzyskuje potwierdzające wzmocnienie, choćby robił największe głupstwa. W sytuacji celebryty brak jest elementarnego bodźca nie tylko do rozwoju, ale w ogóle do trwania w stanie ogarniętym. Boskość zdaje się dana raz na zawsze. A jest ułudą w stopniu nie mniejszym niż wizje różowych smoków po zażyciu LSD.
Skutkiem ubocznym jest rozwalone życie osobiste (to prawdziwe, którego kamery nie widzą), uzależnienia, załamania nerwowe.

Z cokołu na pysk
Potem, gdy pierwotny tytuł do sławy się wyczerpie, co nie uchodzi zazwyczaj uwadze demiurgów od celebrytów (są nimi otyłe panie zatrudnione na kluczowych stanowiskach w głównych mediach, kapryśne i chyba z natury niedobre), cokół znika a siły grawitacji gwałtownie ściągają postać pomnikową na ziemię. Dzieje się to zazwyczaj tak nagle i tak niespodziewanie, że rzadko zdarzy się, by nieszczęśnik spadł na cztery łapy; częściej – na zbitą mordę. Jeszcze nawet zbierając pogubione zęby buja w obłokach utraconej wielkości. Po kolorowym śnie sławy zbliża się już jednak bolesny kac, który często trwa do końca życia. Ludzkość bowiem nie wymyśliła dotąd skutecznego lekarstwa na zespół odstawienia sławy. Bezsilna jest nawet homeopatia: krótki powrót do popularności tylko przysparza cierpień, rozdrapuje rany.
To, co najbardziej pociąga w statusie celebryty: supremacja ego, poczucie własnej niezwykłości, to, jak widzimy, śmiertelnie groźna pułapka. Są jednak i pewne przyjemności. W zasadzie jedna: kasa. Celebryta może się stać świetnym wehikułem reklamy, a jego honoraria – w zależności od rangi – liczone bywają w milionach złotych, gdy mowa o dłuższej kampanii i kontrakcie na wyłączność; może się też na podobieństwo prostytutki wynajmować jako ozdoba libacji ludzi próżnych a majętnych, choć czasem bywa to ryzykowne; nie każde towarzystwo celebryta rozbawi. Zdarzają się też i takie przykrości: znajomego celebrytę, bardzo znanego piosenkarza, za grube pieniądze najęło sobie na rejs po Morzu Śródziemnym małżeństwo miliarderów; żadna ze stron kontraktu nie wiedziała, że „chłopiec do towarzystwa” cierpi na chorobę morską. Na pełnym morzu celebryta jął plugawić zrazu tylko fortepian a potem cały luksusowy jacht bogacza i kreacje zgromadzonych dam. Grać i śpiewać nie chciał. Odesłano go do Warszawy z pierwszego portu, nie wypłacając honorarium. Sprawa niemal otarła się osąd (w końcu jednak prawnicy obu stron przygotowali satysfakcjonujący tekst ugody).
Wracając do fruktów. Niby ze statusu celebryty wynikają duże dochody, w praktyce jednak w narkotycznym transie poczucia własnej wyjątkowości mało kto potrafi rozsądnie zarządzać finansami. Celebryta wypluty przez obieg kultury masowej zostaje zwykle z długami i nawykami konsumpcyjnymi, których w swoim nowym, zwykłym życiu nie jest w stanie uczynić zadość.

Życie jest silniejsze (?)
W ten ponury opis choroby celebryckości można jednak wpuścić i trochę nadziei, a dotyczy ona sportu, a szczególnie sportów zespołowych, w tym futbolu, gdzie triumf indywidualny jest i składnikiem i sumą triumfów drużyny. Choć z każdym rokiem wokół piłki jest coraz więcej ludzi znanych z tego, że są znani, popularność samych zawodników w znacznie większej mierze zależy od ich sukcesów na boisku niż od popkulturowej otoczki. Tym moim nieszczęsnym znajomym wyliczonym powyżej tytuł do sławy, a więc i zaranie upadku, przypadł w udziale za osiągnięcia trudne do mierzenia i kontrolowania. Kto bowiem będzie stołował się dzień w dzień w knajpie słynnego kucharza, aby badać w jakim tempie zachodzi erozja talentu kulinarnego? Kto stwierdzi, że uczona z dnia na dzień zgłupiała, a lekarz już nie umie leczyć? Każde z nich może bardzo długo staczać się, zanim otoczenie dobije się doń z alarmującym komunikatem, że pora coś zrobić z własnym życie. W piłce inaczej: Cristiano Ronaldo, jeśli zacznie potykać się na murawie o własne nogi, od świadomości, że nie wszystko jest cool, nie uchronią roznegliżowane zdjęcia w duecie z topmodelkami na pierwszych stronach „VOGUE”. Już koledzy z jedenastki i przede wszystkim kibice potrafią się o to zatroszczyć!
W każdym razie ostrożny optymizm pozwala mieć taką nadzieję.

Gabriel Michalik

Gabriel Michalik (ur. 1974) Pochodzi z rodziny od pokoleń związanej z teatrem. Dziennikarz, pisarz i felietonista. Publikował na łamach m.in. Tygodnika Solidarność, Expressu Wieczornego, Życia Warszawy, Życia, Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Tygodnika Powszechnego, a obecnie – na łamach tygodnika „Do Rzeczy”.  Autor kilku książek reporterskich i korespondencji z krajów byłej Jugosławii i Albanii z czasów wojny domowej, a przede wszystkim Rosji epoki Miedwiediewa i Putina. Wnuk przedwojennego bramkarza Antoniego Kellera, który w wolnych chwilach stał na straży bramki Legii oraz Reprezentacji Polski – a pełnoetatowo – strzegł wschodnich  granic kraju, gdyż zawodowo był odpowiedzialny za kontrwywiad w tym regionie. Poznaliśmy się kilkanaście lat temu i ewidentnie – przypadliśmy sobie do gustu, na tyle, że prędko udało nam się porozumieć w kwestii obecnej współpracy. „Gabryś” jest – swoim fizys – zaprzeczeniem sportowca, ale umysł, erudycje i panowanie nad słowem pisanym, ma na poziomie zawodowca najcięższej wagi. Jego pierwszy tekst dla #polskagola.pl, stanowi kolejny krok ku realizacji pomysłu na „Medium z IQ”.  

Hubert Borucki (Redaktor Naczelny #polskagola.pl)

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language