Blog Maćka Iwańskiego

Real Madryt przejął futbol na dobre

W ogóle nie dziwi mnie, że Robert Lewandowski wciąż chciałby grać dla Realu Madryt, bo chce wygrać Ligę Mistrzów. Zdziwi mnie, jeśli w Madrycie nie będzie kolejnego triumfu w Europie. Początek nowego sezonu, a Real zademonstrował na Camp Nou taką siłę, że można powątpiewać, czy ktokolwiek ich zatrzyma, a biznes powinien od Los Blancos uczyć się zarządzania… kryzysem.

Pierwszy, czy drugi mecz o stawkę to nie jest najlepsze pole do wyciągania wniosków generalnych na cały, długi sezon. Projekt Realu Madryt jest jednak w takiej fazie, że to nie początek. Właściwie nie wiadomo, który to moment dla drużyny i klubu, na pewno nie schyłkowy. Z tym kłopot ma Barcelona, która po wyrwaniu Neymara przez szejków przypominała w niedzielny wieczór na Camp Nou drużynę mocno poobijaną, i to wcale nie wynikiem. Z 222 milionów nic jej nie przyjdzie, jeśli szybko nie zareaguje na rynku transferowym, a z tym są poważne problemy. Zrobiło się trochę jak w piłce ręcznej, gdzie podaż na zawodników określonej jakości, którzy mogliby wzmocnić najlepszych jest ograniczona, a chętnych wielu. Bayern nie puści Lewego, Dortmund nie chce Dembele karząc go za szantaż rezerwami, Coutinho za to samo bierze na siebie ciężar kibicowskiej nienawiści w Liverpoolu.

Tymczasem w Madrycie najlepsze zaczęło się od kryzysów. Najpierw tego, który wywołał Rafa Benitez. Bardzo dobry trener, ale z mentalnością, która nijak nie pasowała do szatni. Florentino Perez zareagował właściwie, powierzając zespół w ręce Zinedine’a Zidane’a. Spokój, jaki wywołało jego pojawienie się w nowej roli błyskawicznie przeniósł się na zespół. Do tego doszły mądre decyzje personalno-taktyczne. Pierwszy w brzegu przykład – to Zidane chciał z powrotem Casemiro. Drugi kryzys przyszedł w chwili nałożenia zakazu transferowego. Perez zatrzymał całą kadrę, środki na transfery zamienił a podwyżki. Madryt to wielki teatr, zawsze będzie żądał nowych gwiazd. Trybuny musiały poczekać, a Zidane udowodnić, że budowanie oparte na wyciągnięciu najlepszego ze stałej konfiguracji nazwisk to żaden problem dla niego. Poradził sobie idealnie. Dziś aż trudno uwierzyć, że jedno z najtrudniejszych być może doświadczeń spotkało go w Warszawie, gdy na pustym stadionie kilka minut przed końcem przegrywał z Legią w meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Wszelkie kłopoty uczyniły Real silniejszym, piłkarze wydają się móc grac z zamkniętymi oczami, tak są zsynchronizowani. Nie są już zależni od Cristiano Ronaldo. Jedną z najmądrzejszych decyzji, podjętych w gabinetach było zwrócenie się ku młodym, najzdolniejszym Hiszpanom. Nawet jeśli w twoim krwioobiegu jest wydawanie fortuny, nie znaczy to, że nie ma miejsca na rozsądek. Marco Asensio kosztował niecałe cztery miliony euro, a jego 80 milionów klauzuli odstępnego wygląda dziś śmiesznie. Stąd za chwilę nowa umowa z sumą 350ciu milionów.

O Realu i Barcelonie można pisać w nieskończoność, to fascynujące przypadki. Superpotęgi, które niczym bogowie z mitologii walczą o władanie nad krajem ponad miliarda zakochanych w piłce ludzi. Dominacja Realu jest faktem. Tak, jak rozkładano na czynniki pierwsze filozofię Barcelony, tak teraz dzieje się z ich odwiecznym przeciwnikiem ze stolicy. Dla mnie twarz Realu to dziś nie Ronaldo, Bale, czy Ramos, a… Casemiro. Brazylijczyk daje równowagę, porządkuje środek boiska w stylu godnym największych na jego, kiedyś niedocenianej, boiskowej pozycji.

Casemiro – czy właściwie Casimiro, ale w pierwszym meczu Sao Paulo FC wydrukowano mu koszulkę z błędem i tak już zostało – miał bardzo trudne dzieciństwo. Porzucony z matką i dwojgiem braci przez ojca, wychowywał się w skrajnej biedzie. Zawsze słyszał od Mamy, by wierzył w Boga i szansę wyrwania się z pułapki, jaką już kilkuletniemu chłopakowi wydawało się jego życie. Do modlitwy dołożył wytrwałą pracę, choć najpierw przydała się podczas trudnych chwil w szpitalu przy zapaleniu wątroby. Potem też nie było łatwo, bo zagubił się w nocnych rytmach Sao Paulo, co w przypadku młodego chłopaka oszołomionego nagłymi pieniędzmi i lokalną sławą dziwić nie może.

Casemiro nie dostał szansy w Madrycie od razu. Najpierw sprawdził się w Porto, a gdy tam błyskawicznie stał się kluczowym zawodnikiem, Real znów pokazał mądrość w zarządzaniu: Zidane poprosił o aktywowanie klauzuli odkupu pomocnika, którego bardzo chwalą rywale (choćby Diego Simeone) i koledzy z szatni. Każdy ma swoją historię, ale ta Casemiro to gotowy scenariusz na film. Sport nawiasem mówiąc dostarcza takich bez liku, ale to już temat na inną okazję. Real ma swój czas i dziś nie widać powodów, by szybko miał się skończyć.

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language