Blog Maćka Iwańskiego

Jak mnie aresztowano w Arabii Saudyjskiej, czyli nie ma się co bać zamachów

Tragiczny – bo chyba nie ma innych – zamach terrorystyczny w Sankt Petersburgu miał jeden dodatkowy wymiar. To przecież jedno z miast, w którym zagrają za rok w mistrzostwach Świata nasi piłkarze. To, że w nich wystąpią jest niemal pewne, choć pokory nigdy dość. To, że dojdzie do kolejnych zamachów jest niewiadomą. Czy planować zatem wakacje z kibicowaniem biało-czerwonym w Rosji?

Odkąd pracuję jako komentator sportowy, zwiedziłem kawał świata i co najmniej kilka razy leciałem na wydarzenie naładowany wiedzą o zagrożeniach i w efekcie nieco z duszą na ramieniu. Po wszystkim okazywało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Choćby Mundial w RPA. Byłem w tym kraju rok wcześniej, na Pucharze Konfederacji. Sielanki nie było, do dziś wspominam nieprzyjemne zachowanie miejscowej policji, która po zmroku stając na światłach obok naszego samochodu włączała bardzo silny, boczny reflektor, by zobaczyć kto siedzi w środku. Pamiętam zasieki wokół domów i historie Polaków tam mieszkających. Nic się nam jednak nie stało. Rok później kraj był do wielkiego turnieju świetnie przygotowany. Liczba wojska i policji skutecznie odstraszała nawet kieszonkowców.

Podobnie było w Brazylii, zarówno na MŚ jak i podczas Igrzysk. Korzystaliśmy z wiedzy eksperckiej, gdy uczyliśmy się unikania zachowań ryzykownych. Owszem, raz jeden z kolegów opowiadał, że zaczaiło się na niego trzech miejscowych w Rio de Janeiro i biegiem rzucił się do hotelu, ale było to kilkaset metrów od naszego miejsca zamieszkania, na ruchliwej ulicy. Jak na kilkadziesiąt osób i miesiąc pobytu – całkiem nieźle. Oczywiście, to poczucie spokoju miało związek z bardzo zwiększoną ochroną, ale taka jest i była na każdej większej imprezie. Igrzyska Olimpijskie są przecież największe w świecie sportu. Nie wierzycie? Wyobraźcie sobie ponad dwadzieścia mistrzostw Europy w różnych dyscyplinach. Jednocześnie i w tym samym mieście.

Obawa przed zamachami towarzyszyła nam przed Igrzyskami w Londynie. Tam z kolei ekipa TVP korzystała z oficjalnego hotelu IO, bardzo blisko miejsca, gdzie niedawno doszło do morderczego rajdu samochodem. Tradycyjnie skrupulatnie zabezpieczona była wioska olimpijska. Choć wjeżdżaliśmy do niej dedykowanym dla mediów transportem olimpijskim, każdy autobus i każdy z nas był gruntownie prześwietlany i przeszukiwany. Nie inaczej będzie w Rosji. Wszystkie służby w wytężony sposób będą pilnować, żeby turniej organizowany przez FIFA był bezpieczny. Gdybym miał się nań udać jako kibic, zrobiłbym to bez wahania.

Dobrze jest unikać zachowań ryzykownych, ale da się wpakować się w kabałę bez świadomości i intencji. Tak się stało w lutym 2006 roku, gdy Polska grała towarzyski mecz w Rijadzie. Polecieliśmy do Arabii Saudyjskiej z Tomkiem Jasiną, by skomentować mecz kadry Pawła Janasa, zresztą w mocno osłabionym składzie. Wszystko było w najlepszym porządku do dnia meczu, kiedy to przez południem, wracając do hotelu z zakupów, postanowiłem poprosić Tomka o zdjęcie na tle palm. Nie było konkretnego powodu, ot ciekawostka. Minęło z pół minuty i nagle obok nas znalazł się żołnierz z kałasznikowem. „Come, captain” powiedział. Kiedy próbowałem mu wytłumaczyć po angielsku, że chciałbym się dowiedzieć o co mu chodzi, skierował na nas broń i odbezpieczył. – Lepiej z nim chodźmy – przytomnie poradził Tomek. Zrobiliśmy może ze sto metrów i podeszliśmy do wielkiej, żelaznej bramy. Napis na murze nie pozostawiał wątpliwości. Wchodziliśmy do ministerstwa obrony i lotnictwa Arabii Saudyjskiej.

Budynek robił piorunujące wrażenie. Wielki na kilkanaście pięter. Wjechaliśmy na drugie, gdzie przywitał nas oficer (zapewne ów kapitan) i z uprzejmym uśmiechem poprosił o aparat. Przejrzał zawartość aparatu i go oddał. Zapytał skąd jesteśmy i co robimy, a następnie poczęstował herbatą. Optowałem na jak najszybszym powrotem do hotelu, na szczęście życiowe doświadczenie Tomka wzięło górę i spędziliśmy następne pół godziny na kurtuazyjnej rozmowie z Saudyjczykiem, który studiował w Portsmouth i świetnie znał Emmanuela Olisadebe. Ciekawie zrobiło się gdy spytał, czy nie przywieźliśmy ze sobą alkoholu/ Dowiedzieliśmy się, że na czarnym rynku puszka piwa kosztuje w przeliczeniu około sto złotych, więc jakbyśmy coś mieli, to on chętnie przyjmie prezent. Nie wiem, czy mówił poważnie, zresztą nic nie mieliśmy, ale na wszelki wypadek zapewniliśmy, że w życiu nie mieliśmy alkoholu w ustach. Wyjaśnił nam, że nie zostaliśmy aresztowani, tylko zatrzymani z powodu procedur bezpieczeństwa. W Rijadzie byli wówczas aktywni członkowie Al-Kaidy, więc Arabowie stosowali szczególne środki ostrożności. Na pożegnanie był uścisk dłoni, życzenie dobrego meczu i dreszcz, jaki przeszedł mi po plecach, gdy brama z łoskotem zatrzasnęła się za nami.

Podobnie było też na Cyprze. Wszystko przez to, że po nagraniu zapowiedzi do piłkarskiego programu dla dzieci, który wówczas prowadziłem, spotkaliśmy znajomych z BBC. Zagadaliśmy się na środku ulicy, kilkadziesiąt metrów od posterunku policji. Poszliśmy w końcu (operator kamery i ja) w swoją stronę, kierując się na parking, gdzie zostawiliśmy samochód. Nagle podszedł do nas policjant. Mimo, że próbował nas wsadzić do stojącego za rogiem radiowozu, zaprotestowałem mówiąc, że za chwilę jesteśmy umówieni na wywiad z selekcjonerem reprezentacji Polski i jeśli tam nie dotrzemy, będzie międzynarodowy skandal. Leo Beenhakker wówczas nie czekał, ale coś mówiło mi, że lepiej nie ryzykować dłuższej randki z miejscową władzą. Weszliśmy więc w pierwsze lepsze drzwi, do… muzeum. Za pulchnym, wąsatym policjantem pojawił się młody, około trzydziestoletni i wysportowany mężczyzna. Ubrany w trampki, jeansy, lekki podkoszulek i skórzaną kurtkę, pod którą wyraźnie rysowała się broń. Traktował nas jak powietrze. Policjant dopilnował, byśmy odtworzyli zawartość dysku kamery w taki sposób, by ów młody człowiek o nieprzeniknionym obliczu mógł wszystko zobaczyć. Chwilę później ulotnił się bez słowa. – Przepraszam was – rzekł wówczas policjant. – On jest z wywiadu i jeśli da mi sygnał, że mam kogoś zatrzymać, to ja muszę ten rozkaz wykonać. Polecił nam dobrą restaurację na kolację i poklepał po plecach. Agent w tym czasie, jak to agent, wrócił do kawiarni na rogu, skąd nas obserwował i zamówił kawę, kontynuując dyskretną kontrolę otoczenia. Taka praca.

Wierzę, bo przekonałem się o tym wielokrotnie, że nad bezpieczeństwem podczas wielkich imprez czuwają profesjonaliści. Wymieniają się doświadczeniami z tymi, którzy mają takie wyzwania za sobą. To dzięki temu jestem przekonany, że mundial w Rosji, jak każdy poprzedni, będzie bezpieczny. Nawet jeśli ceną za owe bezpieczeństwo będą pewne niedogodności w rodzaju dłuższych kolejek do punktów wejścia na stadion, to warto się na to przygotować i zaakceptować. W końcu czego się nie robi, by zobaczyć Mundial, tym bardziej tak blisko Polski? Nie mówiąc o tym, że może to być zwycięski mecz biało-czerwonych. Czego im, Wam i sobie już teraz, na półmetku eliminacji, życzę.

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language