Artykuły i felietony

Underdog

Underdog, to slangowe określenie oznaczające słabszego przeciwnika, drużynę po której oczekuje się przegranej. Do napisania niniejszego tekstu zainspirował mnie Adam Kownacki, który w takich właśnie okolicznościach pokonał faworyzowanego Artura Szpilkę. Dlaczego boksem zainspirowany tekst na piłkarskim portalu? Bo lubię obydwie dyscypliny i chciałbym podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami i przemyśleniami.

Pięściarstwo mnie fascynuje od dawna, to życiowy sport. Trzeba liczyć na siebie, zmagać się z rywalem i własnymi słabościami czy ograniczeniami. Czasem trzeba się przewrócić by wstać, poleżeć (byle nie za długo) by przemyśleć co i jak zmienić, sklinczować by odetchnąć, bądź sfaulować – by zniechęcić rywala i dodać sobie animuszu. To ostatnie to – moim zdaniem – jedna z cech wspólnych z piłkarską rywalizacją. Nie opisuje tu najbardziej wzniosłych elementów tych sportów, ale takie jest życie – trzeba być czasem lwem, a czasem lisem.  Trening bokserski to jeden z trudniejszych wysiłków w sporcie: elementy szybkościowe, siłowe i wydolnościowe – wszystko po to by przez jak najdłuższy dystans przyszłej walki, prezentować pełnię możliwości. Iluż to zdolnych pięściarzy dawało z siebie maksa od początku, by po kilku rundach nie być w stanie oddychać (nie mówiąc o utrzymaniu gardy czy zadawaniu bądź unikaniu ciosów) – zdarzało się to wszystkim: od Izu Ugonoha po Władymira Kliczkę.

W boksie – jak w futbolu – trzeba mieć mocne (i najlepiej szybkie) nogi, pierwszoplanowym atutem jest szybkość, nie jest dobrze dać się skontrować, a i refleks jest cechą pożądaną. W wielu przypadkach podobny bywa również rodowód zawodników. W boksie jednak zdecydowanie częściej ekstremalny: więcej chyba ludzi z pogranicza marginesu, którym dyscyplina dała szansę na godne życie, więcej chyba twardych charakterów, zawziętych osobowości i życiowych zakapiorów – trzeba miec przeciez w sobie pewną dozę gniewu, by wychodzić na ring ze świadomością, że rzecz we wzajemnym okładaniu się – głównie po okolicach głowy. „Szlachetna szermierka na pięści” to trafne (z wyłączeniem kategorii królewskiej)  i piękne określenie, ale raczej oddające hołd sportowemu etosowi i tym dzielnym ludziom. Rzeczywistość jest mniej elegancka – a barwna raczej w kolorze krwi. Łuki brwiowe, nosy i inne kontuzje: pamiętacie oko Lebiediewa po walce z Guilermo Jonesem? albo Gołoty w walce z Mollo? może zatem twarz Witalija po dwóch ciosach Lennoxa? Horror. Nie lepiej wyglądała noga Wasilewskiego czy Henke Larssona a Harald Schumacher na Espana82 najnormalniej znokautował Battistona . To dramaty, po których zamierają serca kibiców, by bić znowu w rytm okolicznościowej fety, gdy ulubieńcy wracają do gry – często po długich przerwach.

W nocy z soboty na niedzielę zakończył się sen o karierze Artura Szpilki. Przebudzenie nastąpiło z rąk Adama Kownackiego – podręcznikowego underdog’a. Chłopak bez doświadczenia, z bardzo niedojrzałą jeszcze techniką (zostawianie nóg, odrywanie jednej przy ciosie bądź „lot” ciałem za takowym) bez profesjonalnego – jeszcze – zaplecza, po chyba pierwszym profesjonalnym obozie – nota bene jako sparring-partner Tomasza Adamka (któremu za to należy się ludzkie i kibicowskie Hi5) rozprawia się w kilkanaście minut z facetem, przed którym stało wszystko (pytanie kiedy?) a za nim przemawiało jeszcze więcej: kariera amatorska, dotychczasowa zawodowa, aspiracje, buńczuczne zapowiedzi, zaplecze trenigowe – zabrakło ….no właśnie, czego? Chyba najbardziej zdrowia. Nie chce niczego ujmować zwycięzcy, zasłużył na wygraną: charakterem, bezpretensjonalnym stylem bycia, skromnością, pracą na zgrupowaniu itd. – chyba wszyscy go polubili, ale trzeba miec świadomośc, że Szpilka był cieniem zawodnika sprzed 1,5 roku.

Po tej porażce, zacząłem kojarzyć fakty, które analizowałem już przed nią. Zawodnik z Wieliczki doznał w poprzedniej walce strasznego nokautu z rąk Wildera. Bronze Bomber wyfasował potwornie mocny cios, który nałożył się na siłę natarcia Szpilki w kierunku przeciwnym do jego nadejścia – „K.O kumulacja” i neurologiczny dramat. Polak leżał długo omdlały na ringu a zniesiono go na noszach w kołnierzu usztywniającym. Pierwszy raz widziałem coś takiego na tym poziomie w tej kategorii wagowej.  Powszechnie wiadomo, że zawodnik ciężko znokautowany nigdy już nie wraca do dawnej odporności – neurologicznie a więc i mentalnie/psychicznie. Oczywiście: nokautowani byli najwięksi: Tyson, Władymir Kliczko czy Lennox Lewis – ale to jednak nie ten rozmiar kapelusza. Inny sort człowieka. Ile czasu leżał Szpila w szpitalu po tamtej walce? Mówiło się o kilku dniach – czy aby na pewno? Przed walką mówiono otwarcie, że jeśli Artur Szpilka przegra to będzie to koniec jego kariery: doświadczenie, aspiracje, zaplecze, umiejętności techniczne – jeśli to nie wystarczy to temat oczywisty: pora zmienić zajęcie. Po porażce tylko? I te 1,5 roku bez walki….rozumiecie teraz? Już wyjaśniam: Szpilka doznaje straszliwego KO, leży w szpitalu dłużej niż nam podano do wiadomości, wychodzi i chce walczyć bo jest ambitny, po to przyjechał do USA – ojczyzny zawodowego boksu. Lekarze mówią jednak: „my tu na badaniach widzimy taki uszczerbek na zdrowiu, że mamy powody sądzić, że Pan się już do walki o najwyższe cele nie nadaje” – dlaczego? „Bo tam każdy czysty cios 110-cio kilogramowego zawodnika normalnemu czlowiekowi łamie kark, generuje potworne uszczerbki w mózgu, a PAński już taki strzał dostał” – to bardzo prawdopodobne zważywszy na przebieg wydarzeń.

Artur sie upiera, biznes jest biznes, ale 1,5 roku nie ma walki – bo kasa kasą, ale chciano dać mu szansę jak najdłuższej rekonwalescencji. Nikt nie wystawia przed kamery kandydata na trupa lub kalekę. Management w końcu mówi: „ok, masz tu Kownackiego, ale jeśli przegrasz to koniec balu”. I bal się skończył – dalej tańczyć będzie ambitny chłopak z Łomży, wychowany na Brooklynie. Trzeba też pamiętać o dwóch rzeczach: Artur miał mocne ograniczenia. Boksowanie defensywne i czekanie na kontry, brak wyjątkowo mocnego „kopnięcia”, nonszalancja, brak umiejętności uderzania seriami – w tym ostatnim elemencie robił postępy, ale nie zdążył się już nimi wykazać. Przegrał pokazując wiele cech człowieka, który ma dosyć boksu. Kownacki go atakował, trafiał a on opuszczał ręce – jak gdyby chciał, żeby to się skończyło. W głowie już nie było zakapiora, był skaleczony, zagubiony chłopak, którego przereklamowano w ramach „wielkiej nadziei Polaków” na czempiona wagi ciężkiej. I jemu nie chce niczego ujmować, boks to trudna dyscyplina sportu. Mogło się jednak zdarzyć tak, że napięcie przed walką i wejście do ringu oraz pierwsze ciosy – spowodowały stres, który obudził traumę po nokaucie. Druga rzecz to stara pięściarska prawda: większy pada głośniej ( i trudniej mu się podnieść;)) Artur miał followersów w social media, pomysł na autokreacje, nadzieje na walkę o tytuł – wszystko to walnęło o matę ringu ze sporym hukiem, który – chyba mimo wszystko – zagłuszył wiwaty na cześć zwycięzcy. Ten zdąży się jeszcze nacieszyć, ale najpierw czeka go dużo pracy w drodze po kolejne sukcesy.

Dlaczego piszę o tym w kontekście piłkarskim? „This team is a real underdog” – tak o naszej reprezentacji piłkarskiej pisał na swoich profilach w mediach społecznościowych Russel Crowe podczas Euro2016. Od tamtej pory nasza reprezentacja awansowała na 6-te miejsce w rankingu FIFA i za rok na MŚ wystąpi rozstawiona (jako jeden z faworytów?) ale chciałbym by grała jak tytułowy underdog: z sercem, bez kalkulowania, o wszystko. Legia zagrała ładny sezon w LM, kilku piłkarzy zmieniło kluby, ktoś nadal nie może, reprezentacja U-21 zaliczyła KO na młodzieżowym Euro, wystartowała liga. Jeden Hiszpan bezmyślnie znokautował bramkarza Malarza a polskie kluby czeka kilka wymagających spotkań w walce o dalszy awans w europejskich pucharach: Legia pojedzie do Kazachstanu (ojczyzny świetnych bokserów nota bene) , Lech pewnie do Holandii (Utrecht) , Jaga zapewne do Aten(Panathinaikos) a Arka chyba na Węgry choć może i do Danii (Ferencvaros  lub Midtjelland) . Oprócz Legii, której poziom zobowiązuje do pewnej postawy – o każdym z pozostałych zespołów można powiedzieć, że faworytem nie będzie. Symbolem tego statusu jest Arka Gdynia. I bardzo dobrze! Życzę polskim klubom, by wychodziły na boisko jak Adam Kownacki na ring: z pokorą, błyskiem w oku, świadomością ograniczeń, ale i pełną wiarą we własne umiejętności, z zawziętością zakapiora.Bez pychy – bo ta kroczy tuż przed porażką – czy to w życiu czy w sporcie.  Nasza liga nie jest tak mocna w rankingach  jak nasza kadra, ale to oznacza, że czeka ją marsz w górę, a stanie się to tylko za sprawą zwycięstw naszych drużyn w pucharach. Polska Gola – underdog brzmi dumnie!



Komentarze

komentarze


Góra