Artykuły i felietony

Wielkość w czasach upadku igrzysk

Każde pokolenie ma swoje problemy. Generacja moich dziadków dorastała w czasach 20-lecia międzywojennego, widziała z bliska odzyskanie niepodległości, traciła bliskich w pożodze wojennej – stąd blisko jej było do wszelkich haseł dotyczących polskości i patriotyzmu, w ujęciu na wskroś romantycznym. Pokolenie mojego ojca to pokolenie dzieci, które zaznały biedy czasów powojennych i brały udział w odbudowie kraju oraz były świadkami szarości socrealizmu, otarły się bądź doświadczyły represji stalinizmu, a w dojrzałość wchodziły na przełomie lat 50/60. Oni wyraźnie hołdowali pracowitości i rzetelności. Moje pokolenie (rocznik 1972) to pokolenie stykowe – urodzone na granicy tradycji i nowoczesności. Zaznaliśmy transformacji: puste sklepowe półki na naszych oczach zamieniły się w piękne centra handlowe, stare obiekty sportowe zamieniły się w nowoczesne stadiony i hale widowiskowe. Aby pojechać w dowolny zakątek Europy, nie trzeba było iść po paszport na komendę milicji czy bać się przy przekraczaniu granicy. Tych zmian doświadczyliśmy jako pełnoletni.

Problemem mojego pokolenia były zagadnienia związane z walką o wolność i względny dostatek. Te mityczne półki z octem i ogólna bylejakość wkoło. To w latach 70/80 narodziło się chyba określenie „bubel” – oznaczające produkt niskiej jakości, nie trzymający standardów – wyprodukowany w fabrykach, gdzie robotnicy robili bokami i na złość władzy – z biedy i nędzy.

Moje pokolenie potrafiło się jednak cieszyć z tego co miało (poprzednie pokolenia miały tę umiejętność rozwiniętą dużo bardziej). Wystarczało podwórko, pobliska łąka czy boisko szkolne – by godzinami spędzać tam czas na harataniu w gałę. Jeśli podwórko było małe – była to gra „w kwadraty” czy siatkonogę: przez ławki, które się ściągało z okolicznych podwórek – ku utrapieniu okolicznych dozorców i seniorów. Jeśli była łąka to rzucało się tornistry czy fragmenty przyodziewku i miało się znamiona „wielkiego futbolu”. Z rzadka bowiem jakaś spółdzielnia mieszkaniowa czy „ustawiony” rodzic zorganizowali na takiej łące zespawane z kilku rur bramki. I tak – na grach podwórkowych wyrabiało się „technikę użytkową”, a na łąkach – charakter. To one były bowiem miejscem spotkań miedzypodwórkowych, gdzie trup słał się gęsto. Mecze trwały – w razie niepożądanego rozstrzygnięcia o czasie – do zmierzchu, albo dopóki zniecierpliwione matki nie ściągały nas z placów gier za uszy. Czasami szło się na boisko szkolne, ale były one zazwyczaj wybetonowane i o asfaltowej powierzchni – i tylko ten kto wyrżnął o takową kością ogonową  wie co to był za cymes. Główną areną naszych sportowych działań w młodości były zatem łąki.

Łąki warszawskiego Bródna, mediolańskiej dzielnicy Lambrate, łąki Żoliborza, Bielan, Marymontu, Kępy Potockiej i Żerania – każdy ma swoje „stadiony” dzieciństwa, wieku szkolnego czy czasów studenckich. Nie było tam trybun, trawy nikt pod nasze potrzeby nie kosił – trzeba było dawać radę. O klubach sportowych słyszeliśmy w telewizji, a jak któryś z kolegów coś trenował to był największym kozakiem ze wszystkich, bo wszyscy wówczas względnie po równo – niewiele mieli. 

Gumowe trampkokorki, czy koszulka przysposobiona przez babcię albo markowe spodenki od wujka z zachodu – to był totalnie oszałamiający bajer. Już sama piłka bywała symbolem sportowego etosu naszego dzieciństwa – często (zwłaszcza gdy namokła) piekielnie ciężka, nylonowe koszulki czy wspomniane obuwie – też odbiegały standardami od dzisiejszych „wyrobów technicznych” – oddychających, ultralekkich. Ileż to odbić, obtarć i odparzeń zaliczył każdy z nas występując w tamtych siermiężnych i niepraktycznych sprzętach…

A mimo to nikt nie odstawiał nogi, nikt nie chciał przegrać, stąd – jak wspomniałem wyżej – grało się do upadłego. Ileż skręconych kostek, startych kolan czy obitych piszczeli zaliczyliśmy w tamtych latach? Nikt nie pamięta, bo to była norma. To był element rzetelności w poświęceniu dla piłki.

Były nimi również szacunek dla rywala, fair play i pokora. Było „Prawo Pascala”, ale i podanie ręki skoszonemu rywalowi i ustawka na rewanż – konieczna w między-podwórkowych bataliach. Równe szanse i możliwość rewanżu: to dwie podstawowe zasady sportu. Gdy graliśmy na nierównym, pochylonym boisku zmiana stron była czymś oczywistym. To samo w przypadku gry z i pod wiatr.

Dzisiejsze pokolenie ma wszystko: wolność, świat na wyciągnięcie dłoni – wirtualny w internecie, a realny – czasami już nawet bez paszportu. Pełne dóbr wszelakich są również półki w sklepach. A jednak generacja millenijna ma poważne problemy w realnym życiu: wypaczeni pseudo popularnością i podbudowani bezpodstawną pewnością siebie jakie dają im lajki za miałką twórczość w mediach społecznościowych – padają łupem prawdziwego życia. Specjaliści alarmują w kwestii ich lęków, terapii i wzrastającej potrzeby na wspomaganie wszelakich słabości farmakologicznie. A oni? Roszczeniowi, aroganccy i z wiedzą o wszystkim, ale tylko na kilka lat wstecz – duża część (bo nie wszyscy na szczęście) gotowa jest usankcjonować, uzasadnić czy nawet usprawiedliwić prawie każde bezeceństwo. Od małego , wysoki odsetek dzieci gra w klubach-szkółkach, a rozwydrzeni rodzice nakręcają spirale roszczeniowych aspiracji – często bezpodstawnie bo dzieciaki nie maja wiele talentu ani zdrowia, ale presji ulegają.A zabija się w nich przy okazji naturalną, zwykła pasje do sportu, bo oczekiwania (rodziców głownie) są niewspółmierne do etapu rozwoju młodych adeptów futbolu.

Kiedy zobaczyłem „bramkę” CR7 po dwójkowej akcji z Marcelo, coś we mnie pękło. Dwóch sowicie przepłacanych profesjonalistów, zrobiło akcję jak my na naszych łąkach – tyle, że my, po takich golach, przybijając sobie piątki – otwarcie mówiliśmy „wiesz, że tak naprawdę, to był spalony?” – i w tym przypadku jest cała nasza uczciwość, pokora i serce wobec najpiękniejszej z gier zespołowych. A to przebogate, wytatuowane i nażelowane towarzystwo – psuje nam obraz dyscypliny, którą zaszczepiamy z pokolenia na pokolenia naszym synom! Tym samym, współczesnym bublem  stało się czołowe widowisko sportowe naszych czasów – piłkarska Liga Mistrzów. Im więcej w niej widowiska – tym mniej sportu. Klasyczny przerost formy nad treścią….Paradoksalnie dużo ciekawsze były dzień później mecze Ligi Europy – zdrowa sportowa dramaturgia (zwłaszcza Schalke – Ajax) w rozgrywkach, której „najlepsi” unikają jak ognia: bo kasa mniejsza i „fejm” się nie zgadza…..

Coraz częściej wątpimy w transparencję i uczciwe zasady najpopularniejszej dyscypliny sportowej na świecie: doping, pomyłki sędziowskie, ustawione rozgrywki – takie doniesienia stają się normą, która poważnie wzburza kibiców. I tutaj nasuwa mi się analogia do schyłkowych czasów istnienia Imperium Rzymskiego – ówczesnego odpowiednika dzisiejszej „dominującej kultury zachodu”. Instytucja „chleba i igrzysk” była bowiem mechanizmem kontroli nad pospólstwem na okoliczność jego niezadowolenia sytuacją ekonomiczną, polityczną czy inną (Lud rzymski można utrzymać w spokoju tylko rozdawnictwem zboża i igrzyskami – Trajan).

Wkoło,  „igrzysk” do wyboru: Olimpiady, na których kobiety o męskim poziomie testosteronu startują i wygrywają żeńskie rywalizacje przy ogólnym poklasku i w błysku fleszy. Światowe czempionaty po których areny zmagań – wybudowane za miliardy – niszczeją, bo nikt nie ma dalszych pomysłów na ich wykorzystanie (tak było w Atenach, po piłkarskim Euro w Portugalii, czy piłkarskich MS w Brazylii). Sponsorzy organizują setki eventów, konkursów – na których wręczają sobie wzajemnie wydumane nagrody. Chodzimy na „koncerty” gwiazd estrady i oglądamy je z odległości – wielkości główek od szpilki – mając świadomość, że śpiewa z playbacku….

Qvo vadis domine, are you entertained?

Serwis jest piłkarski więc musi być więcej o piłce. A zatem: karmi nas się sztucznie wykreowaną rywalizacją o najlepszego – kto nim jest: Messi czy Cristiano? Celowo nie używam nazwiska portugalskiej „gwiazdy” bo najlepszym piłkarzem XXI wieku pozostaje dla mnie Ronaldo, ale ten prawdziwy czyli Nazario Lima – Brazylijczyk, który jako pierwszy miał popularny dzisiaj skrót: R9 (jak bateria – nota bene też symbol mojego dzieciństwa). I on miał swojego wielkiego przeciwnika, którego ewentualne pierwszeństwo dopuszczam. Zinedine Zidane – bo o nim mowa – oddał jednak palmę pierwszeństwa rywalowi i koledze z „galaktycznego” Realu: „jest jedynym piłkarzem na świecie, który potrafił zrobić z piłką co chciał… w pełnym biegu”. Podobne słowa kierowali pod adresem „Il Fenomeno” – Raul, Luis Figo, Ronaldinho, David Beckham, Andrij Szewczenko, Pavel Nedved i wielu wielkich, którzy walczyli z Ronnie’m czy Zizou o prymat.

Tej jakości rywalizacji brakuje mi dzisiaj. Miarą chwały zwycięzcy jest (i powinna pozostać) jakość i klasa pokonanych rywali. Czyż nie tak? Ronaldo i Zidane – przy dzisiejszym zdominowaniu tego konkursu przez Messiego i Cristiano – są postaciami prawie anonimowymi. R9 ma na koncie dwa takie trofea (‘97 i ‘02) a Francuz – jedno (‘98). Obydwaj zaś byli po 3 razy w czołowej piątce konkursu. To niesamowite! Wytłumaczenie jest jednak proste: w tamtych czasach – mówimy o ostatnich 20 latach rozwoju piłki – przyszło im rywalizować na boiskach, po których biegało więcej wybitnych zawodników niż dzisiaj (do tego uczciwie dodajmy przerwy w grze z powodu kontuzji): Figo czy Ronaldinho też czarowali publiczność. A co z zawodnikami, grającymi dalej od bramki? wyjątkiem jest złota piłka dla Cannavaro po Mundialu 2006, a zachwycający był przeciez jeszcze Paolo Maldini. Co z takimi, którzy pozostali wierni swoim klubom na zawsze, świadomie rezygnując z najwyższych laurów: Francesco Totti to Mistrz Świata przecież... Dawni mistrzowie wykuwali swoją klasę i zdobywali tytuły stając naprzeciwko najlepszych graczy defensywnych jakich piłka nożna widziała: wspomniani Maldini czy Cannavaro, Nesta, Costacurta, de Boer, Stam, Blanc, Desailly, Thuram, Vieira, Samuel, Puyol i kilku innych... kilka wartościowych laurów ma na koncie ma Andrea Pirlo (Mistrz Świata i dwukrtotny zwycięzca LM), który nigdy Złotej Piłki nie dostał, ale i skandalu żadnego nie sprokurował….

Lionel Messi ma na koncie 5 „Złotych Piłek”: za 8 mistrzostw Hiszpanii i 4 wygrane Ligi Mistrzów – a gdzie tytuł Mistrza Świata? Czy najlepszym może być piłkarz bez takowego? Cristiano Ronaldo: 4. „Złote Piłki”, 3. tytuły mistrzowskie w Anglii, 1. w Hiszpanii i 3. tytuły LM (2. z Realem i 1. z MU).

Mistrzostwo Europy zdobył w kontrowersyjnych okolicznościach. Portugalia awansowała do finału rozgrywek bez wygrania meczu (w regularnym czasie gry), a i sam zawodnik turniej miał raczej słaby, a w finale szybko zszedł z powodu kontuzji. Ok, futbol to sport drużynowy, ale jednak indywidualne nagrody rozpatruje się w kontekście osobistych osiągnięć lub też oceniając wpływ jednostki na drużynę. A takowy ogromny ma Robert Lewandowski, który był pierwszoplanową postacią już w BVB. Co znaczy jego brak przekonali się koledzy z FCB – i oby nie musiała tego nigdy doświadczyć nasza Reprezentacja. Bez RL9 bowiem, nie wyobrażam sobie jej dzisiejszej pozycji w Rankingu FIFA, udanego występu na Euro 2016, ani nawet wygranej w ostatnim meczu z Czarnogórą. O perspektywie udanego mundialu w Rosji nie wspominam, żeby nie zapeszyć. Nasz rodak zajął w omawianym rankingu 4-te miejsce w zeszłym roku a w rankingu za 2016 zabrakło go nawet w pierwszej piątce… Dodam na koniec, że zarówno Messi jak i Cristiano oraz Zidane i Ronaldo – reprezentują największych „sponsorów technicznych” współczesnego futbolu, czyli marki Adidas i Nike (…)

Żeby nie było, że psioczę starczo na coraz szybszą i powierzchowną teraźniejszość. Piłka, była, jest i pozostanie grą błędów – oby tylko tych w wykonaniu zawodników. Futbol to nie rugby – pisałem już o tym – jest oparta na cwaniactwie i przechytrzaniu przeciwnika, a piłkarze to nie pisarze czy filozofowie (z wyjątkiem Johana Cruyffa czy Zdenka Zemana) – wywodzą się często z marginesu społecznego czy bardzo biednych rodzin i trudno przewidzieć (a łatwiej zrozumieć) kiedy i jak daleko idące kompulsywne zachowania dojdą do głosu w wyniku wielomilionowych apanaży, które mają prawo zawrócić w głowach młodym ludziom.

Idole naszych czasów też mają swoje za uszami: była przecież „Boska ręka” Maradony, brutalne faule Haralda Schumachera, „Cios z byka” Zidane’a w finale MS, gol ręką Thierrego Henry przeciwko Irlandii a Eric Cantona wypróbował kung-fu na krnąbrnym kibicu – to jednak prawie wszystkie przypadki z minionych 30 lat! (ok, jeszcze regularne skandale związane z popijawami gwiazd z patologicznym alkoholizmem George Besta czy Paula Gascigne czy kokainowymi  skandalami Maradony czy Caniggi) Skandalicznych doniesień jest jednak coraz więcej i coraz częściej prostactwo uczynków jest na żenującym poziomie….To gdzie ten pokoleniowy postęp?

Piłkarzom w coraz młodszym wieku, płaci się coraz więcej i stają się oni bohaterami coraz liczniejszych skandali, o coraz bardziej prymitywnym tle. Pisałem już o casusach Fabregasa, Courtois, Cavaniego, a doniesienia prasy bulwarowej regularnie przeładowane są skandalicznymi doniesieniami. To jest niedopuszczalne bo ci ludzie to wzorce, Mistrzowie Sportu – gdzie „noblesse oblige”? Tytuły i laury przecież zobowiązują! Inaczej jaka jest ich wartość?! Najgorsze, że zaczynamy temu regularnie pobłażać – ba, nawet przyklaskiwać!! Efekt jest taki, że Cristiano strzela gola z podwórkowego spalonego (nijak nie przystającego mistrzowi), a pół świata (w tym połowa naszych użytkowników) przyklaskuje mu (kłócąc się z krytyczną oceną), bo uważa, że Real i Cristiano „zrobili swoje”. Pod dykatndo rozwydrzonej takimi wzorcami młodzieży koncern Pepsi wycofał znakomitą reklamę, bo ta została zakwestionowana przez młode pokolenie… Gdzie element edukacyjny, otwierający głowy, pobudzający ciekawość, skłaniający do myślenia?

W schyłkowej fazie Rzymskiego Imperium, które (w rozkwicie) stanowiło ówczesną forpocztę naszej „cywilizacji zachodniej” , gladiatorom płacono bardzo wysokie stawki oraz nadawano nieograniczone przywileje. Ten okres zakończył się to upadkiem Cesarstwa, najazdem barbarzyńskich hord i mrokami średniowiecza… Czy to nie brzmi jakkolwiek znajomo?

Are you entertained ?” krzyczał zniesmaczony „Gladiator” (czyli Russel Crowe – kibic Orłów Nawałki 😉 Czy jeśli – my kibice – uderzymy pięścią w stół, to wszystko wróci do normy? Czy też zakończy się okres chleba i igrzysk i pogrążymy się w ciemnościach na miarę tych średniowiecznych? Aktualna sytuacja geopolityczna Europy przypomina  nieco zamierzchłe dzieje, a że historia kołem się toczy…

Chcemy uczciwych zasad i powtórek wideo. Chcemy fajnych idoli dla naszych dzieci. Umiarze – wróć!

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language