Artykuły i felietony

Wojna łagodzi obyczaje

Po zamachu terrorystycznym w Dortmundzie narzucają się dwa pytania. Pierwsze, brzmiące dramatycznie i retorycznie: „dlaczego?”, drugie, brzmiące może nazbyt prowokacyjnie: „dlaczego tak rzadko?”. Przecież zawody sportowe są idealną okazją, aby mordować, szokować, terroryzować i w efekcie wzbudzać wielkie niepokoje społeczne z wojnami włącznie. Póki co chętniej korzystają z niej jednak władze państw niż skromni terroryści.

Arystoteles, jeden z największych filozofów wszech czasów wsławił się między innymi twierdzeniami z zakresu anatomii. Według myśliciela, kobiety noszą w jamie ustnej mniej zębów niż mężczyźni, dlatego potrzebują mniej jedzenia; z kolei tajemnica niskiego głosu mężczyzn zawiera się w tym, że do strun głosowych homo sapiens płci męskiej przytroczone są dwa ciężarki, które w takt dojrzewania wypełniając się odpowiednim płynem nabierają masy. Kobiety z racji urodzenia, a niewolnicy z łaski noża – pozbawieni są tych ciężarków, więc i głosy mają wyższe. Przez wieki wyznawcom poglądów ateńskiego akademika nie narzuciła się choćby ta obserwacja, że im bardziej naprężać strunę, tym wyższy będzie wydawany przez nią dźwięk. Nie zajrzano też kobiecie do ust, celem dokonania odpowiednich obliczeń odnośnie do uzębienia.

Podobnie rzecz się ma z żywym od końca XIX wieku przekonaniem, że sport stanowi świetny zamiennik wojny, że skłonne do mordobicia i krwawej jatki społeczeństwo, kibicując zawodnikom, na nich ceduje swoje pragnienie dokopania komuś; ich zwycięstwo lub porażkę przyjmując jako namiastkę własnej wiktorii, że – co w tym rozumowaniu najdonioślejsze – póki strzela się gole, nie będzie się strzelało z haubic, a póki pięciobój organizowany jest w ramach Olimpiady, mniejsza będzie ochota, aby urządzać go w lesie okalającym wioskę nieprzyjaciela. Ten uspokajający, kojący sąd; nadzieja na trwały pokój pokładana w szlachetnej (w założeniu przynajmniej) rywalizacji na stadionie, można żywić o tyle, o ile nie zajrzy się światu do ust. Gdy jednak zajrzeć i policzyć, okaże się, że sport nie jest zamiast wojny, ale obok niej, a całkiem często związek między tymi dwoma rodzajami ludzkiej aktywności staje się bardzo ścisły, do przyczynowo-skutkowego włącznie. Oto kilka pierwszych z brzegu przykładów doskonałej symbiozy między nimi.

Podczas meczu eliminacyjnego MŚ Honduras-Salwador, rozgrywanego w stolicy Salwadoru, dwaj napastnicy gospodarzy, Juan Ramón Martínez i Elmer Acevedo wbili do bramki gości łącznie trzy gole, co wzbudziło uzasadnione pretensje kibiców reprezentacji Hondurasu. Przez następne tygodnie Hondurasczycy w Salwadorze i Salwodorczycy w Hondurasie rozwalali wszystko na co napotkali na drodze swoich manifestacji w imię czystości futbolu: witryny sklepowe, samochody, przechodniów i gmachy publiczne; cały czas, niczym życiodajna kroplówka, machiny propagandowe obu krajów podsycały atmosferę wzajemnej nienawiści; z Hondurasu postanowiono wypędzić pochodzących z Salwadoru osadników. 14 lipca rozpoczął się konflikt zbrojny par excellence, który za sprawą książki Ryszarda Kapuścińskiego przeszedł do historii jako wojna futbolowa. Trzy bramki przełożyły się na śmierć około dwóch tysięcy żołnierzy i cywili.

W 2008 roku, w dniu inauguracji letniej Olimpiady w Pekinie, Gruzja zaatakowała okupacyjne wojska rosyjskie w Południowej Osetii; rozpoczęła się wojna, w której – według różnych źródeł poległo od pięciuset do dwóch tysięcy osób. Konflikt tlił się już od wielu lat, a w powolnych, lecz systematycznych, działaniach z pogranicza dyplomacji, propagandy i sztuki wojennej, Rosja umacniała swoją pozycję na odebranych Gruzji terytoriach, stanowiących faktyczny protektorat Moskwy. Gdyby Micheil Saakaszwili nie zdecydował się na uderzenie w chwili, gdy pół świata z Władimirem Putinem na czele włączyło się w pekińską apoteozę pokoju (abstrahując od mniejszej lub większej obłudy takiego stanowiska), gdyby nie sprowokował silnego zaangażowania rosyjskiej armii na Kaukazie, o Osetii nikt by nie usłyszał. To Olimpiada dawała wojnie PR. Bez niej nie miała racji bytu.

Poprzednik Putina na kremlowskim tronie, Leonid Ilicz Breżniew, też nie miał powodów do dobrych skojarzeń z letnią Olimpiadą. W 1980, gdy kosztująca w efekcie życie blisko dwóch milionów osób wojna sowiecko-afgańska rozwijała się w najgorsze, Breżniew zorganizował w Moskwie Igrzyska Olimpijskie, które z powodu owej wojny zbojkotowała większość reprezentacji państw Zachodu. Z gasnącej, przywalonej kosztami walk w Azji socjalistycznej gospodarki, Sowieci wypompowali blisko dziesięć miliardów dolarów na wystawienie obiektów olimpijskich i infrastruktury, za punkt honoru stawiając sobie zbudowanie wszystkiego własnym, proletariackim, sumptem, bez korzystania z pieniędzy sponsorów. Trudno wykluczyć, że ostateczny krach finansowy, a w efekcie i polityczny, Związku Sowieckiego został przyspieszony przynajmniej o kilka lat właśnie za sprawą tych wydatków. W każdym razie Olimpiada, która miała posłużyć Breżniewowi jako sposób na odwrócenie uwagi od Afganistanu, okazała się przeciwskuteczna. Im więcej sędziwy satrapa mówił o pokoju, tym chętniej wypominano mu naloty na Herat i mordy na ludności cywilnej. Olimpiada ani nie zakończyła wojny, ani nie złagodziła konfliktu. Przeciwnie, bojkotowane na sportowej arenie Sowiety, zrozumiały że wizerunkowo nie mają już nic do stracenia, i przez następne lata zmieniły konflikt w Afganistanie w wojnę totalną.

Tematem dla osobnej, długiej i wielowątkowej opowieść jest Masakra w Monachium w 1972 roku, gdy palestyńscy terroryści porwali i zamordowali jedenastu izraelskich sportowców. Tragedia miała niezwykle szerokie implikacje: przed Olimpiadą Izraelczycy wahali się wcześniej, czy w ogóle przyjeżdżać do Niemiec, wszak od Holocaustu nie minęło wówczas jeszcze trzydzieści lat. Pokolenie rodziców sportowców składało się z ludzi cudem ocalałych z trybów niemieckiej machiny śmierci. W tle toczyła się ze zmienną intensywnością wojna izraelsko-arabska będąca przedłużeniem konfliktu ZSRR-USA i zarazem wojną założycielską Izraela. W następnych latach izraelskie siły specjalne urządziły globalne polowanie na sprawców zamachu i ich mocodawców pod kryptonimem „Gniew Boży”, przeprowadzają również naloty na cele arabskie, w których zginęło o wiele więcej osób niż w Monachium.

I pozostając jeszcze w Niemczech, nie można, referując dzieje przyjaźni wojny i sportu, pominąć Letnich Igrzysk Olimpijskich w 1936 roku w Berlinie, tym bardziej, że przebieg niektórych zdarzeń autor zna z pierwszej ręki, od swej babci, która jako żona bramkarza polskiej reprezentacji w piłce nożnej, miała okazję obserwować zawody z miejsca niezbyt oddalonego od trybuny honorowej. W pierwszym dniu odbywały się między innymi biegi na sto metrów, w których rekord olimpijski i zarazem nowy rekord świata ustanowił czarnoskóry Amerykanin, Jesse Owens. Babcia twierdziła, że gdy Owens dobiegł jako pierwszy do mety (nie po raz ostatni, jak się okazało: w trakcie Olimpiady kilka razy triumfował przy mecie, zajął też pierwsze miejsce w skoku w dal), na twarzy siedzącego nieopodal Adolfa Hitlera wystąpił trudny do zapomnienia grymas wściekłości. I tyle. Opowiadano potem, że Hitler wściekły opuścił trybunę, że nie złożył gratulacji Owensowi, że przez następne dni igrzysk, gdy Owens zdobywał kolejne złote medale za biegi i skok w dal, knuł, jak by sportowca zgładzić. To nieprawda. Cała złość rasisty zamknęła się w tamtym jednym grymasie. Po latach nawet sam Owens wspominał, że Hitler podarował mu na pamiątkę swoją fotografię i szczerze gratulował wyniku w przeciwieństwie do amerykańskiego prezydenta Roosevelta, który nie przesłał sportowcowi nawet telegramu. Należy dodać, że MKOL pozwolił Hitlerowi na zorganizowanie Olimpiady warunkowo, to jest o tyle, o ile niemiecki przywódca wyrzeknie się przemocy i złagodzi przepisy antysemickie. Tak że idea pokoju i tolerancji zatriumfowała w Berlinie AD 1936, czego skutki mogliśmy obserwować na całym świecie przez następne dziesięć lat.

Wyliczywszy te kilka doprawdy pierwszych z brzegu wydarzeń sportowych, które stały się iskrą zapalną wojen, wlejmy jednak w serca Czytelnika kilka kropel nadziei. Wiemy już wprawdzie, że sport nie jest antidotum na wojnę, nie znaczy to jednak, że w ogóle takiego lekarstwa nie ma. Jest nim paradoksalnie sama wojna. Gdy ludzkość już się dość napije krwi, w rytm historycznej czkawki zapragnie pokoju. Zdarza jej się nawet przez pokolenie czy dwa pamiętać, że wojna nie była jakoś specjalnie fajna. I wówczas do Salwadoru przyjeżdża reprezentacja narodowa Hondurasu i gra się w piłkę, a nie w politykę. Czego i Państwu Życzę!

 

Kilka słów o autorze, nowym współpracowniku #polskagola.pl:

Gabriel Michalik (ur. 1974) Pochodzi z rodziny od pokoleń związanej z teatrem. Dziennikarz, pisarz i felietonista. Publikował na łamach m.in. Tygodnika Solidarność, Expressu Wieczornego, Życia Warszawy, Życia, Gazety Wyborczej, Rzeczpospolitej, Tygodnika Powszechnego, a obecnie – na łamach tygodnika „Do Rzeczy”.  Autor kilku książek reporterskich i korespondencji z krajów byłej Jugosławii i Albanii z czasów wojny domowej, a przede wszystkim Rosji epoki Miedwiediewa i Putina. Wnuk przedwojennego bramkarza Antoniego Kellera, który w wolnych chwilach stał na straży bramki Legii oraz Reprezentacji Polski – a pełnoetatowo – strzegł wschodnich  granic kraju, gdyż zawodowo był odpowiedzialny za kontrwywiad w tym regionie. Poznaliśmy się kilkanaście lat temu i ewidentnie – przypadliśmy sobie do gustu, na tyle, że prędko udało nam się porozumieć w kwestii obecnej współpracy. „Gabryś” jest – swoim fizys – zaprzeczeniem sportowca, ale umysł, erudycje i panowanie nad słowem pisanym, ma na poziomie zawodowca najcięższej wagi. Jego pierwszy tekst dla #polskagola.pl, stanowi kolejny krok ku realizacji pomysłu na „Medium z IQ”.  

Hubert Borucki (Redaktor Naczelny #polskagola.pl)

 

Komentarze

komentarze

Najczęściej czytane

Góra
select language